Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Król Piast tom II.djvu/166

Ta strona została uwierzytelniona.

cał się ku wnijściu do namiotu, gdy silny wiatr poruszył zamykające je osłodki, jakby się przyjęcia czyjego spodziewał. Oznaki niecierpliwości objawiły się na piękném obliczu Hetmana. Wszyscy towarzyszący mu wyrazem twarzy, równie jak słowy zdawali się z nim w zupełnéj zgodzie i jedności. Raźno i dziarsko poruszał się Jabłonowski, Modrzewski mówił głośno i uśmiech wywoływał na usta Sobieskiego. Francuz inżynier z głową spuszczoną przypatrywał się planowi na stole leżącemu, Hetman spoglądał coraz na duży zegar gdański leżący obok, który już dziewiątą wskazywał, klasnął w dłonie, nadbiegł młody Korycki.
— Cóż mówił Hetman litewski! zapytał.
— Że natychmiast przybywa — odparł dworzanin...
Korycki zniknął, Sobieski kubki stojące na stole ponalewał...
— Chocim — rzekł jakby sam do siebie, ale głośno. Zawsze nam bywał szczęśliwy.
Na te słowa, którym nikt nie myślał zaprzeczać — uchyliła się zasłona we drzwiach i szeroka z czarnym wązkim sznurkiem wąsa, marsowa, posępna, dumna, ukazała się twarz Hetmana Paca, który długie, na ramiona spadające włosy z mokrego śniegu otrząsał.
Sobieski pośpieszał na powitanie. Przed chwilą ożywiona gromadka towarzyszów Sobieskiego — zamilkła i spoważniała... Chmurne oblicze Paca wzniosło tu z sobą jakiś chłód i zadumę.
Hetman wskazywał siedzenie — ale Pac potrząsnął głową.
— Stawię się, rzekł zimno — na rozkazy wasze.
— Prosiłem was na ostatnią — na stanowczą radę wojenną, odezwał się Sobieski. Stojemy twarz w twarz,