Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Latarnia czarnoxięzka Oddział II Tom I.djvu/107

Ta strona została uwierzytelniona.

— A może jest, czy ja wiém, może powrócił, bo miał powrócić dziś, a ja tutaj siedzę — to może niewiém — może i powrócił.
— Prowadź że nas!
Wysiedli, stary jeszcze nie naciągnąwszy rękawa, podreptał przodem oglądając się i tak wiódł na ganeczek, pokazał ręką na korytarz długi, a sam został u drzwi.
— Chodźmy, rzekł August.
Weszli w ciemną, długą sień, na któréj obie strony otwiérały się drzwi — niektóre z nich były hermetycznie zamknięte, inne bez zamków, zabite drągami, inne otworem stały.
August z zimną krwią zaglądał przez dziurki od kluczów.
— Tu owies, mówił, tu jakieś graty stare, tu uprząż zbutwiała, tu ciemno — ale gdzieś przecie znaleźć gospodarza musiemy. Weszli do jednéj izby, gdzie Wincenty rozłożył był swój warsztat szewcki i krawiecki,