Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Na królewskim dworze Tom III.djvu/160

Ta strona została uwierzytelniona.

wentów, małżeńskiego kontraktu między królem a narodem.
Wśród tych co króla otaczali, żywa dusza nie była przyjaźną grafowi Magnusowi. Grzeczni dlań okazywali się Kazanowscy, politykował Ossoliński, ale i ci nawet widzieli w nim zarozumiałego pyszałka, i poruszali ramionami, gdy z sobą o nim mówili. Tymczasem król, w rozum, w przebiegłość, w zręczność, w trafność rachub jego politycznych miał nieograniczoną wiarę.
Gdy pod wieczór ten, długi, chudy, czarno zawsze ubrany, z krezą na szyi, milczący, cicho jak cień się przesuwający po kurytarzach zamkowych cudzoziemiec wsunął się do pokojów króla, które naówczas dla najpoufalszych nawet osób były zamknięte; gdy w nich parę godzin spędził na szeptach, przewracaniu papierów i rozmowie z królem, nazajutrz jakaś nowa myśl, krok, decyzya wychodziła na światło dzienne. Król ją objawiał Kazanowskiemu, potem Ossolińskiemu i stawała się ona myślą królewską własną, do której przywiązywał się Władysław z zajadłością, z uporem, jakich w niczem nie miał zresztą. A Magnus po kilku dniach znikał z horyzontu i nie było o nim słychać, aż znowu okna jego mieszkania zaświeciły wieczorem, i dowiadywano się, że Magnus powrócił. Te okna wieczorem, a we dnie czasem otwierające się i zamykające