Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Strzemieńczyk Tom I.djvu/176

Ta strona została uwierzytelniona.

— Idźcie do niego, a wszystko się to wyjaśni — przerwała Lena.
— Mamli iść? — zapytał bakałarz. — Sługą pana wojewody nie jestem, ani mnie jak pachołka do siebie godziło się pozywać?
Z dumą szlachecką podniósł głowę Grześ... Lena poruszyła ramionami.
— Stary i poważny pan, senator... tyś młody — rzekła — nie ma obrazy w tem, jeżeli przez dworzanina grzecznie zaprosił... Idźcie...
Namyślał się jeszcze, gdy położywszy mu rękę na ramieniu, piękna Lena popchnęła go zlekka ku drzwiom.
— Pycha nie w miejscu — szepnęła — idź, a z powrotem czekam na wyjaśnienie, bo chcę wiedzieć, jaką miał pan wojewoda sprawę do pana bakałarza...
Jak gdyby na jej rozstrzygnięcie czekał tylko, Strzemieńczyk nie wahając się już i sam pomiarkowawszy, że w istocie pycha chudemu pachołkowi nie przystała, szybkim krokiem poszedł do dworu wojewodzińskiego przy zamku stojącego.
Po panu krakowskim, wojewoda był tu najznaczniejszym dostojnikiem i miał władzę największą.
Lecz, gdyby nawet Jan z Tarnowa nie zajmował tego stanowiska, samo jego imię, stosunki, zamożność, powaga wielka i osobiste przymioty dawałyby mu znaczenie wielkie.