Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Waligóra tom II.djvu/116

Ta strona została uwierzytelniona.

Mówiła, a Mszczuj stał, słuchał i — nie rozumiał.
Zdała mu się obłąkaną.
— Jakże jabym mógł choćbym nawet chciał was ratować — odezwał się z litością. — Sama widzisz że jesteś w ich mocy, księżna pobożną i świętą jest, złego od niej obawiać się nie możecie... A ja — wyrwać was ztąd... nie potrafię.
— Przecież rycerze niejeden raz porywali nawet z klasztorów niewiasty — odezwała się Bianka — ja o tem słyszałam będąc jeszcze małą. Śpiewano o tem pieśni...
— Ale ja tu jestem posłem i nietylko skaziłbym się sam, lecz i panu memu krzywdębym uczynił, popełniając gwałt... Młodym to przebaczono, staremu byłoby sromotą.
Sierota zakrywszy oczy płakać zaczęła.
— Nie macie bo litości nad nieszczęśliwą — zawołała.... — Ja tylko w was ufam! Zlitujcie się, wyrwijcie mnie ztąd... Siostra Anna co mnie strzeże jest w kaplicy... Was tu Pan Bóg sprowadził. — Ja nocą wyrwę się z zamku — ucieknę... Wolę w las biedz i z głodu umierać niż iść w niewolę... Musicie mnie ratować!! nie mam nikogo!!
Szmer w drugiej izbie mówić jej nie dał, rzuciła się ku drzwiom i znikła.
Waligóra co rychlej ustąpił z komory, przeszedł pierwszą izbę pustą i szybkim krokiem zamek opuścił... Żal mu było obłąkanej — lecz