Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Waligóra tom II.djvu/153

Ta strona została uwierzytelniona.

z namiotu wyszedł ksiądz i począł pytać o niego.
Oznajmił mu się jako kapelan książęcy Medan, dodając, że może się w dworcu rozgościć.
Wprawdzie w nim trochę duchownego poznać było można, bo suknia ciemna krój miała zbliżony do używanych przez duchowieństwo, lecz zresztą mało się Medan ów musiał troszczyć o przepisy kościelne, gdyż i obuwie miał nosate z ostrogami, i nóż u boku i czapkę z klamrą pozłacaną na głowie, a wreszcie twarz młodą, nieogoloną, wąs do góry, a z włosów pięknie na ramiona spływających, tonsury się trudno było spodziewać.
Z ciekawością i ochotą zapoznania się Medan towarzyszył Jaksie do dworca, wprowadził go do pustej komory i zaraz na czeladź zawołał, aby słomy na posłanie dla spoczynku, ognia dla ogrzania przyniesiono i co należało gościowi.
— Nie spodziewajcie się wszakże — odezwał się wesoło — aby wam tu bardzo u nas było wygodnie. My sami tu obozem... co chwila się Laskonogiego spodziewamy pod zamkiem, będziemy się musieli bronić. Nasz książe ma wiele męztwa i wytrwałości, na swojem postawi, ale przecierpieć musiemy i głodem przymrzeć. Clericus curiae, gdyż taki sobie tytuł nadawał Medan, mówiąc to uderzył nogami, aż mu ostrogi zabrzęczały i rycersko się postawił.
— Jedziecie pono z Krakowa! — zawołał —