Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Waligóra tom III.djvu/016

Ta strona została uwierzytelniona.

— Nie kto mu pomógł tylko swoi — wołali Niemcy. — Książe żadnemu z nich wiary dawać nie powinien, zdrajcy są!!
Ślązacy się bronili, lecz ich zakrzykiwano. Rozmowy jaką taką lecz samą niemczyzną się tego dnia prowadziły.
Jaszko ich słuchał i byłby stał u wrót z innemi długo może, gdyby Peregryn na koniu nie podjechał, którego poprosił ażeby go do Nikosza wpuścić kazał. Pachołkowie dali mu wnijść.
W pierwszym podwórzu, zastał starego przyjaciela, zaczerwienionego i zaperzonego z gniewu, także się ucierającego z Agazonem Niemcem. Rad był pewnie Nikosz gościowi, który go od zażartej kłótni odciągnął, bo z nim do izby poszli.
Nikosz cisnął czapkę o stół wchodząc.
— Dalej tu wyżyć nie będzie można żadnemu z nas — krzyknął — Niemcy nam dojadać będą aż wykurzą. Stary książe bronić nie śmie, młody jeden co się czasem ujmie i u niego opiekę człek znajdzie...
Patrzcie ino! — dodał zwracając się do Jaksy, który za stołem siadł — my winni że Mszczuja źle pilnowali. — My go uwolnili — my mu pomogli!!
Niemcom o to idzie aby się zbyć nas i żeby tu sami królowali.
— Mój Nikosz — przerwał zagniewanemu Jaksa, — juści tu ktoś winien musi być. — Sam