Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Waligóra tom III.djvu/027

Ta strona została uwierzytelniona.

jąc, słabi są. Konrad by mu może jeden sprostał, ale z tym oni idą razem...
Powoli ta myśl zjazdu z początku niechętnie przyjęta, zaczęła się przyjmować...
Jaksom przypadało co najłatwiejsze, namawiać do zgody i pojednania. — Bezpieczniej im było z tem.
Krwawa tylko plama którą za tym zjazdem widać było — odrażała wielu.
— Krwi nie trzeba — pójdzie Leszek do Sandomierza na ojcowiznę i z siostrą siądzie przy klasztorze. Więcej nie może chcieć — mówił jeden. Zechcą jego uśmiercić, rzeź będzie wielka, a w niej kto padnie, jeden Bóg wie.
Uchwalono posłać do Światopełka, lecz tymczasem myśl zjazdu siać, aby powoli wschodziła. Wola Światopełka więcej miała wagi niż rady inne...
Późno w noc się rozeszli...
Nazajutrz już w mieście ten i ów wiedział, że Jaszko z łowów na Szlązku powrócił.
Sam ojciec mówił o tem, skarżąc się, iż go o ucieczkę pomawiano, gdy tylko znudzony bezczynnością w lasach szukał rozrywki.
Tegoż dnia do mistrza Andrzeja doszła wiadomość o bracie, którą się poważny mąż uradował i na dwór ojca pospieszył, zapomniawszy urazy bratu.
Ale Jaszka już nie było, bo swoich miejskich