Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Waligóra tom III.djvu/033

Ta strona została uwierzytelniona.

Oczy dwóch Halek ciągle w tamtą patrzały stronę kędy stara prządka spała, potrzebowały tego snu, pożądały, czekały.
Z ich niepokoju śmiała się stara Dzierla na przemiany spoglądając to na nie, to na prządkę i bawiąc się snem jednej, a drugich oczekiwaniem...
Cicho było w izbie... tak cicho jak gdy późna noc wszystkich do snu ukołysze, ogień tylko śmiał się, płakał, szydził, trzaskał i czasem dziewczęta nabawiał strachem ażeby prządki psotnik nie rozbudził.
Ona spała — a sen jej był tak głęboki jakby nie przyszedł sam, jakby go powołano na stróża... I obok na ławie na której usnęła widać było kubek drewniany wypróżniony, a oczy złośliwe Dzierli, często nań padały.
Podeszła ku śpiącej na palcach, powoli, skradając się, stanęła, posłuchała, popatrzała, ostrożnie wzięła do ręki kubek, zajrzała doń, przewróciła i pokazała dziewczętom że nie było w nim ani kropli.
Z uśmiechem zwycięzkim postawiła kubek na miejscu, zręcznie i lekko białą chustą nakryła twarz uśpionej, odstąpiła od niej i poszła do Halek...
— Choćby pioruny biły nie zbudzi się już aż gdy drugie kury zapieją! O! bądźcie spokojne! Wszakżeście widziały, że ja sen umiem dać