Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Waligóra tom III.djvu/108

Ta strona została uwierzytelniona.

wać — dodał chmurno Konrad, jakby stosunku wszelkiego ze Światopełkiem chciał uniknąć i podejrzenia oń.
Wstał Biskup Iwo wspierając się na poręczach krzesła.
— Niechże Bóg błogosławi przyszłym radom i paktom, a natchnie serca wasze duchem pokoju i zgody braterskiej. Amen...
Mówiąc to wyszedł z komory, a że książe wnosił iż do dzieci jego i żony, jak codziennie, musiał się skierować, nie towarzysząc mu, pożegnał tylko spiesznie nizkim pokłonem pozdrawiającego Marka, który za Biskupem z izby się wysunął... Bracia pozostali sami.
Iwo szedł do brata, o którego od wczoraj był niespokojnym. Gdy mu otwarto drzwi, przy których Sęczek siedział na ziemi, Mszczuj leżał jeszcze, od wczoraj nic, oprócz wody, w usta nie biorąc. — Spał lub drzemał ciągle. Miecz obnażony, na którym krew zaschła, co rynewką w nim na podłogę nie spłynęła — stał o ścianę oparty.
Oko wchodzącego Biskupa padło instynktem nań i zatrzymało się na zczerniałej plamie z posoki która u miecza została.
Stanął ręce złożywszy.
— Mszczuj! — zawołał wskazując na miecz.
Waligóra podniósł się z posłania, oczy przecierając, ciężki oddech z piersi mu się dobywał.