Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Bajbuza 01.djvu/127

Ta strona została uwierzytelniona.

Trwoga naostatek ogarnęła samych nawet Górki przyjaciół, który z Czarnkowskim razem szalał, nie znając w tym szale granic. Mogli postrzedz, że się od nich i wspólnictwa z nimi, usuwali ludzie umiarkowańsi. Nie było tajnem, że po Wąsowiczu i Brzezińskim na hetmana czyhano i jego koniecznie pozbyć się chciano.
Rachowano na to, że stronnictwo bez wodza rozbije się i padnie w ręce rakuzkich praktykantów, którzy pieniądzmi i obietnicami sypali.
Ani widać było końca temu wszystkiemu. Karnkowski wahający się, niepewien na którą przechylić się stronę, Górce i Zborowskim dozwalał się coraz szerzej rozpościerać i zuchwalej rzucać.
Ale hetman nie ustępował.
Strzelano, zasadzano się nadaremnie. Gdy niebezpieczeństwo groziło jawne, a boju uniknąć chciał, Zamojski do siebie zwoływał na radę, tak że pod szopą sami rakuszanie swobodnie sobie poczynali.
To ich tylko niepokoiło, że szopa stała bliżej obozu hetmana, niż ich zbiorowiska. Zamojski, gdyby tak chciał być gwałtownym jak oni, łatwoby ich tu mógł osaczyć i krwawy zatargom położyć koniec.
Jednego wieczora rozprawiano o tem głośno pod namiotem pana wojewody poznańskiego, a następnej nocy, jeszcze się w obozach do snu