Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Bajbuza 02.djvu/190

Ta strona została uwierzytelniona.

ciaż jak zwykle osłabiła go nieco, obiecywała potem nowym odżywić wigorem.
„Od kilku niedziel na zmienne powietrze wiosenne wychodzić mu nie dawano, siedział więc, niecierpliwie oczekując końca leków.
„Dnia wtorego czerwca cieszyliśmy się rumianemu licu, któremu świeżość zdawała się powracać. Wstał dnia następnego zdrów i wesół, z rodziną, jejmością, Tomaszem, z przyjaciołmi i z nami rozmawiając uprzejmie i dobrą myślą. Razem z nami siadł do stołu, a choć niewiele jadł, wstał pokrzepiony, udając się włoskim obyczajem na poobiednią siestę i drzemkę.
„Czuwał zawsze ktoś przy nim na zawołanie, gdyby się przechodził. Wtem jejmość zawołano, gdyż po śnie otwarłszy oczy słabym i mdlejącym się uczuł. Przybiegła pani i synaczek, myśmy też pośpieszyli niemało strwożeni, chociaż groźnego jeszcze nic nie przewidywano.
„Tymczasem z onych mdłości, na ręku jejmości pani, modląc się skonał spokojnie“.
Okazało się później, jak donosił Urowiecki, iż wszystko zawczasu przygotowane było i rozporządzone, począwszy od skromnego pogrzebu, aż do opieki nad dziecięciem i wdową.
Ta, jak zdawna wiedziano, powierzoną być miała Zebrzydowskiemu, którego śmierć hetmana odrazu na wysokie stanowisko zastępcy jego podniosła.