Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Na bialskim zamku.djvu/290

Ta strona została uwierzytelniona.

wnęła nań i palec położyła na ustach. Półsłowami mówiąc tylko do niego, zażądała, aby się podniósł.
Koliba, latarkę zostawiwszy na przymurku, sam siadł na wschodkach. Szurska szybko zaczęła odwijać szmaty, które pokładł był Wątróbka, powąchała je, zalała czymś innym z dobytej flaszeczki i przyłożyła na nowo.
Z obojętnością znękanego człowieka, który daje z sobą robić, co kto chce, poddał się Damazy nowemu ran opatrzeniu. Szybko i dosyć zręcznie dopełniła tego stara. Położyła przy nim w papier zawinięte jadło jakieś, przyniesione z sobą, coś mu szepnęła bardzo cicho do ucha, popatrzyła na niego — i wróciła do Koliby, który z rezygnacją jakąś był jej posłusznym.
Po dniach pozbawionych nadziei — od chwili gdy Marcjan wdarł się do niego, niemal siłą poczynało wracać Damazemu życie jakieś i choć słaby promyk ufności w przyszłość.
W początkach zwątpił był zupełnie o sobie, znając zajadłość Wolskiego, czekał już tylko śmierci, a chcąc ją przyśpieszyć, głodem się morzył; teraz chciał żyć, choć męcząc się i myśląc, że się jakim cudem wyzwolić może.
Nie rozumiał on wcale, co tu mogło przygnać Wątróbkę, oprócz chętki uczynienia na przekorę Wolskiemu; mniej jeszcze miłosierdzie Szurskiej nad sobą mógł wytłumaczyć, bo ona nie miała żadnego powodu litowania się nad nim. Domyślał się w tym chyba starania brata i przekupienia kobiety ze skąpstwa znanej.
Gdy mu przyniesiony napój i pokarm trochę sił przywróciły i senność przeszła, poczuł większy ból w ranach opatrzonych, lecz ten mu najmniej dolegał; myślał, czy brat może w jaki sposób ułatwić mu ucieczkę lub wyrobić uwolnienie.
Pierwsze było prawie niepodobnym, drugie zupełnie niemożliwym. Za życia chorążego, oprócz Sępika, którego

288