Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Na bialskim zamku.djvu/294

Ta strona została uwierzytelniona.

niem. Lecz co by innego człowieka zabić mogło, silnej tej naturze, nawykłej do trudu, gdy raz pragnienie życia się rozbudziło, służyło tylko do krzepienia go, do wyprowadzenia ze zdrętwiałości i uśpienia.
Nazajutrz nie zjawił się Koliba, nie przyszedł nikt, nic nie przerwało milczenia głuchego tego grobu. Na chwilę Butrym zapalił stoczek, aby poszukać pokarmu, który wygłodzonemu zdał się dziwnie smacznym. Siły wracały. Rany mniej bolały dnia tego. Myśl w głowie chodziła rzeźwiej. Ludzie o nim wiedzieli, brat pracował dla niego, na ostatek Bóg, gdyby go nie chciał ocalić, czyżby mu nie dał w pierwszych dniach zakończyć mizernego żywota?
Trzeciego dnia otworzyły się drzwi, wszedł Koliba, dzban świeżej wody niósł, chleb pod pachą i miskę postawił przy nim, w której ciepła strawa była.
Nie odezwał się stojąc nad nim, gdy jadł, a na „Bóg zapłać“ nie odpowiedziawszy ani mruknięciem, zawrócił się i drzwi zamknął za sobą.
Wróciły ciemności i milczenie.

Dnia 4 maja, wedle zwyczaju, uroczyście obchodzić miano św. Floriana — imieniny księcia chorążego. Kto tylko chciał na łaskę jego zasłużyć lub się w niej utrzymać, dnia tego submitować się musiał.
W wigilię już miasteczko i zamek nadzwyczaj były ożywione. Książę chorąży starzał i chorzał, mówiono o testamencie — a rzeczą jest dowiedzioną, że najwięcej ludzie dworują młodym pannom a starym, bezdzietnym, u grobu stojącym bogaczom. Zjazd też w tym roku obiecywał się nadzwyczaj liczny. Nie mówiąc o tym, że z Zawieprzyc pan wojewoda czernihowski, teść księcia chorążego, przyjechać musiał, bo dotąd losu przyszłego córki nie mógł zapewnić; księżna krajczyna, uczony

292