Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Na bialskim zamku.djvu/301

Ta strona została uwierzytelniona.

Dubiski, który był w intencji protestowania, za krzesłem się zjawił. Nim się odezwał, książę mu nakazujący dał znak, aby na miejsce powracał.
Imieniny mają prawa swoje.
Wnoszący toasty dopuszczali się konceptów osobliwych, igrając z tą wodą, z którą św. Florian miał gdzie indziej do czynienia, tu, jak w Kanie Galilejskiej, na wino zmienioną.
Książę nawet z tych wytwornych popisów retorycznych uśmiechał się i mówił z cicha: — Łebak, mosanie!
Przy głównym stole wszakże, przez respekt dla księcia, dla dam, nie dopuszczano się zbyt rażących wybryków, ale z innych sal chwilami dochodziły tu takie wesołości wybuchy, że się niemal trzęsły mury zamkowe.
Nie było tam „Sierotki“, ale węgierski barszczyk cienki, który jak najlepiej smakował i głowy należycie zawracał.
Gdy już dobrze nad wieczór od stołów wstawać poczęto, można było powiedzieć, że z wyjątkiem kobiet i kilku duchownych nikogo nie było, co by zupełną przytomność zachował; szumiało w głowach wszystkim w najprzyjemniejszy sposób. Sam chorąży był zmieniony, twarz miał różową całą, tak że i łysina nabrała tej barwy; wąsa pokręcał, brał się w boki i nogami raźno tupał, bo na gankach muzyka przygrywała.
Jednakże gdy przyszło od stołu wstawać, rozumnie się znalazł teść, wojewoda czernihowski, który rękę mu podał, bo była potrzebna.
Chorąży szepnął mu, iż do gabinetu swego rad by na chwilę, co było naturalnym, bo zwykle po obiedzie odpoczywał, a dnia tego więcej niż kiedy odpoczynku potrzebował.
Wysunęli się więc do gabinetu, gdzie książę w krześle swym siadł i rozparłszy się, zaraz powieki przy-

299