Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Na bialskim zamku.djvu/327

Ta strona została uwierzytelniona.

wychudłą straszliwie, której kości wszystkie sterczały. Oczów zapadłych spod brwi zarosłych widać prawie nie było. Wyszedł, kląkł, złożył ręce, ziemię zaczął całować płacząc i mdlał, ale zaraz go ocucono.
Wskazał mu ktoś miecznika, chciał iść dziękować — lecz Pac dał znak, aby go uprowadzono. Trzeciego dwóch ludzi prowadziło pod ręce; iść nie mógł, za piersi się chwytał i jęczał. Twarz jego, bez krwi, miała barwę ziemi.
Szli dalej mniej dawno zamknięci, silniejsi ludzie, podnosząc ręce i błogosławiąc księcia, i starsi, którzy bełkotali tylko, bo ich milczenie grobu mowy oduczyło.
Wszyscy wychodząc na to powietrze wiosenne, upajające, rzeźwiące, od którego odwykli byli, słaniali się oddychać nim nie umiejąc. Jedni natychmiast zebrawszy siły próbowali precz iść, gdzieś w świat, jakby w obawie, ażeby ich znowu do lochów rzucić nie kazano; drudzy płakali, modlili się, błogosławili i padali na ziemię, wołając wody lub chleba.
Widok był przerażający, straszny; najzimniejszego mógł on wzruszyć i do łez pobudzić. Ludzie patrzący płakali głośno; miecznik stał nieruchomy, zadumany, mrucząc coś do Paca, który ręce do góry podnosił.
Wtem Marcjan przywiódł brata do nóg księcia, aby mu podziękował. Miecznik spojrzał nań ciekawie i cofnął się. Dobył śpiesznie garstkę złota z kieszeni i wcisnął ją w rękę Damazemu, ale się na bruk posypała, bo Butrym wziąć jej nie chciał.
Ledwie go poznać było można, tak rany i niewola straszne na nim cierpienia piętno wycisnęły; ale uśmiech już miał na ustach. Był wolnym, oczy jego zwróciły się ku oknom Faustyny, w których było ciemno.
— Chodźmy — zawołał Marcjan — potrzebujesz spocząć, pójść do łaźni i poleżeć w łóżku. Bóg łaskaw. W okna nie patrz, Zaborskich tu już nie ma. Faustysia jednej go-

325