Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Na bialskim zamku.djvu/55

Ta strona została uwierzytelniona.

Zamilkła. Szurska się jedną ręką o stół oparła i poczęła głową potrząsać; Bóg wie, jakie po niej myśli przechodziły, bo na kilka pytań i zagadnień gospodyni nic nie odpowiedziała.
Widząc ją tak zachmurzoną, jakby sobie co przypomniała Zaborska, poszła znowu do szafeczki i otworzyła ją, maleńki kieliszeczek czymś zielonym napełniła i przyniosła go Szurskiej.
— Napijcie się — szepnęła — to was rozgrzeje, nie zaszkodzi!
Z wahaniem się pewnym Szurska rękę wyciągnęła do kieliszka, poniosła go do ust powoli i wychyliła duszkiem, ale ni słowem nie podziękowała.
Otarła się potem zbrukanym rękawem, po którym widać było, że od dawna do tego służył, poprawiła tołubek, chustę trochę na przód głowy naciągnęła i zwróciła się do gospodyni:
— Pamiętajcie, com mówiła. U niego z wielkich łask popaść w nieszczęście wielkie — jak piórko osmalić. Ja nic nie poradzę. Byle co? On czegoś niezdrów czy zły; wszystko mu teraz nie w smak; dawno go ja takim nie widziałam. Teść go męczy o zapis dla żony, z bratem się z dala kąsają i warczą na siebie, w domu jak w grobie. Choćby duszę kosztowało, trzeba mu się śmiać i te czarne myśli rozpędzać, bo inaczej źle będzie; Zaborska — oj! źle będzie, źle będzie...
I poszła nie pożegnawszy się ku drzwiom człapiąc, powtarzając ciągle swoje:
— Źle będzie!

W parę dni potem siedział znowu podłowczy w swojej izbie, nie u komina, ale przy oknie, które na podwórze wychodziło, i przypatrywał się obojętnie, jak groma-

53