Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/065

Ta strona została uwierzytelniona.


kich. Tłumy ludu biegły, jak na zjawisko, mistrzowskiéj téj przypatrywać się budowie. Wszyscy wznosili pod niebiosa czeladnika Piotra i nie było tego, ktoby nie powiedział, że uczeń majstra przesadził. Radowała się dusza Piotra i oczy jego pasły się pochlebnym dlań widokiem, a w głowie snuły mu się już myśli sławy i nieśmiertelności.
Wieczór był chłodny; Piotr i Marya stali na smętarzu i poglądali oboje na kościołek. Piotr był wesół, ściskał żonę i wołał, ukazując jéj dzieło swoje:
— Patrz! czyś ty kiedy co takiego widziała? jutro rusztowania precz pójdą a wszystko błyśnie nową pięknością. O! żeby tylko stary jaknajprędzéj wrócił!... spojrzy on i dusza jego spadnie tak nizko, jak nizko moje sztukę cenił!...
Marya westchnęła i spuściła w dół oczy. Piotr pożerał wzrokiem kościołek; wtém zdala kroki czyjeś słyszéć się dały i nim się mieli czas obéjrzeć, stary Wojciech przyskoczył ku nim. Oczy jego iskrzące się od gniewu zwrócone były na nową budowę, usta sine drżały, trząsł się pełen złości i zaledwie zięcia i córkę zobaczył, zaczął wołać natychmiast:
— O! cieszycie się z mego upokorzenia, wyrodki! Toć to twoja wdzięczność, Pietrze! za to, żem ci dał dom i żonę wówczas, kiedyś ty nie miał gdzie położyć głowy?... Prawda! prawda! dwa razy już tu patrzéć kryjomo chodziłem! wyznaję, ja-m takiego nie postawił kościołka! cieszże się z wygranéj! Nie mógłżeś tego zrobić po mojéj śmierci?... wszak niedługo czekać było ci trzeba... chyli się już ta głowa do grobu... ale nie! obrzydłe stworzenie! chciało za życia mego jeszcze sławę moję wtrącić do grobu!
I starzec płakał, a przed nim w milczeniu stali zięć i córka. W oczach Piotra malowała się dzika radość, w oczach Maryi łzy połyskiwały.
— Przebacz, mój ojcze! — rzekła zcicha — wszakżeś mu sam budować kazał, a miałże źle budować?
— A na cóż tak budował, aby mnie zawstydzić? Nie! nie! ty psi synu! z dyabłem musiałeś miéć schadzki... on ci pomagał... a jak ksiądz święconą wodą ten mur pokropi... padną czartowskie gzymsy i łeb ci hardy rozbiją!...
To mówiąc starzec łzy otarł; gniew okropny wrzał w jego oczach, a Piotr i Marya spokojnie stali... W téj obwili z za chmur wszedł księżyc i oświecił tę scenę, przydając piękności nowemu kościołkowi.
Stary Wojciech zdawał się uspokajać i nagle głosem umiarkowanym rzekł do zięcia:
— Chodź, pokaż mi to zblizka... wejdziem na rusztowanie...