Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/066

Ta strona została uwierzytelniona.


— Noc teraz, toć nie zobaczym! — rzekł Piotr — jutro rano obejrzéć będzie można.
— Nie bój się! moje oko i w nocy zobaczy to, nad czém wiek strawiło... Chodź, przypatrzę się twemu dziełu... pierwszemu i ostatniemu, bo ci czart pewno więcéj takich myśli nie nastarczy. Chodź!...
I oba poszli, a Marya, tuląc się od zimna w chustkę, patrzyła na nich, jak wdzierali się po drabinach na wierzch rusztowania. Księżyc świecił przepysznie, cisza panowała wokoło, słychać było każde słowo rozmawiających. Stary Wojciech im szedł daléj, tym groźniéj odzywał się do zięcia. Stanęli wreszcie na rusztowaniu przed frontem. Oczy starego zwróciły się na misterne okna, drobne gzymsy i ozdoby, zatrząsł się ze złości i obracając się do zięcia zawołał:
— Pietrze! przesadziłeś mnie... kiedyś tak zaczął, czy wiesz jak skończysz?
— Skończyłem tylko na upokorzeniu dumy, panie teściu! — a dawnoż to urągałeś się ze mnie? dawnoż to mówiłeś, że mi będzie potrzeba pomocy twojej?...
— Tak mówiłem! — krzyknął przeraźliwie majster — a teraz ci powiem, że ten, kto ci pomógł budować, niech cię przyjdzie ocalić!!
Nim wyrzekł te słowa, silną ręką chwycił Piotra za szyję i pchnął go uderzeniem nogi z rusztowania.
Krzyknął przeraźliwie biedny czeladnik i chwycił się jeszcze mocno rękoma za wiszącą u rusztowania deskę. Marya krzyknęła także i pobiegła jak szalona ku kościołowi, wołając:
— Ojcze! ojcze! to mąż mój! ojcze! ratuj!...
A Piotr chwiejącéj się deski trzymając, tracąc siły co chwila, wołał przytłumionym głosem:
— Ratuj! Maryo! ratujcie!...
Stary majster nic nie słyszał... nic nie chciał słyszéć... porwał ogromną cegłę z rusztowania, ugodził nią oburącz w głowę nieszczęśliwego, i ciało jego padło na kupę gruzów przed kościołkiem.

1833.