Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/109

Ta strona została uwierzytelniona.


wsi bliżéj nad milę — pusto dokoła. Cały jéj dochód z flisaków, którzy płyną rzeką, bo tu kończą się drogi lądowe i dalej w głąb' Zarzecza już inaczéj jak czółnem się nie dostaniesz. W téj to Horwasie czekać mnie miał obijanik.
Droga do téj karczmy niewypowiedzianie smutna. Od Żytniewicz do Chojna, do przewozu na rzece, piaski i błota jak zajrzysz, monotonia nudna, przypominająca a przynajmniéj dająca wyobrażenie tym, którzy niedaleko za dom wyjrzeli, czém to być dopiéro muszą owe pustynie, gdzie nawet czerotu i osoki braknie.
Ach! jak długo czekałem w Horwasie na obijanik! Żyd, żydówka, kot, pastuch, kobyła ze zrzebięciem, dwie krowy i chłopiec mały dotrzymywali mi, jak mogli, towarzystwa na przemiany. Musiałem z niemi wszystkiemi w ich języku rozmawiać, a nakoniec do Chojna po ludzi posyłać, aby daléj płynąć, nie tracąc czasu. Nareszcie wystarałem się jakoś obijanika i popłynąłem.
Nie wiem, kogo mam prosić o pożyczenie pióra na opisanie téj pustyni czerotów i łozy, którą kilka mil płynąłem. Wystawcie sobie las trzciny splecionéj, związanéj jak włosy w pińskim kołtunie, a ten las bez granic jak morze, przecięty tylko gdzie-niegdzie korytem rzeki, która wąziuchno jakby za wielkiém pozwoleniem przepływa zastępy czerotu. W tych czerotach, że to była jesień, ani nawet komara, ani muchy, ani żywéj duszy, ani innego dźwięku nad szelest poschłych łodyg i liści. W lecie tłumy, wojska, ćmy komarów nad rzekami i błotami temi się snują. Silvio Pellico gdyby je zobaczył, nie wiem, czyby nie uznał, że są równie dokuczne, jak te, które go dręczyły pod Piombami Wenecyi. Ale w téj porze, w któréj odbywałem moję podróż, byłbym zapłacił za stworzenie, któremubym się mógł przypatrzyć, któreby brzękiem lub postacią, okropną jednostajność téj pustyni rozerwało. W niedostatku przedmiotu musiałem analizować ubiór i fizyognomię wioślarzy, budowę czółna, pochylenie liści na trzcinie, i warkocze poschłe czerotu i listki w wodzie pływające i chmury na niebie. Niekiedy przysłuchiwałem się rozmowie i wiecznym na stan swój narzekaniom przewoźników. Oni zachęcali się do popychania czółna na mieliznach i odgłos — A nu! — a szcze! nu! nu! ciszę przynajmniéj przerywał. Kołysanie się łodzi kleiło oczy — ale zasnąć nie mogłem. Znudzony obróciłem się na bok, żeby z drugiéj strony swój nos obejrzéć, gdy — o cudo! ujrzałem wśród téj pustyni karczemkę!
Stanęliśmy odpocząć! Karczemka była wcale niepospolita. Stała opasana dokoła czerotem, łozą, krzakami, które tu już się poczynały i zwały pompatycznie lasem — mała, garbata, schylona, nogami w wodzie, głową nad krzaki nie sięgająca. Od rzeki do pro-