Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/123

Ta strona została uwierzytelniona.


człowiek uźrzawszy gi przed sobą, alić sie czartowskiey sztuki nie spodział y myślał, ano mu Bóg w ciężkim życiu zesłał tę nagrodę; y iął Bogu dziękować, a rozpłakał sie iako dzieci na widok ten y cały myślą w przeszłości sie utopił. Patrzał, obchodził a oglądał konia y głaskał gi ręką, całował a obłapiał, iako był przywykł za młodu, aż z tey pieszczoty chęć go wzięła przeiechać się na nim trochę, y nie postrzegł sie, że dusza iego iuż sie była od nieba dla ziemskiey acz niewinney rozkosze oderwała.
Y siadł na koń ów pustelnik, aż oto Szathan, co sie był w konia przedzierzgnął, aby go kusił, prędkim lotem uniósł go w powietrze wysoko y thak szybko, że wprzód całą ziemią, potym zasię y ziemie iuż nie uźrzał. A że gi strach przeiął wielki y począł drżeć y myśleć, czo sie z nim sstalo; a upamiętać sie nie mógł, mieniąc, że iest iako drugi Eliasz żywcem do nieba porwan.
Wtym Szathan ozwał sie doń przez konia: Swiąty człowiecze, pry, aboć-em nie skusił? A toć iest fortel szathański, a teraz w mocy moiey iesteś y uczynię z tobą, co sam zechcę.
A on pustelniczek rzekł drżący: Cożem ci uczynił, abyś mnie thak srodze prześladował?
Sam to Pan, nie ja, zesłał mnie, pry czart, abym cię upokorzył, iż rzekłeś w dusze swoiey, że nie masz grzechu, a szathan mocy nad tobą.
Przyznaię sie, iżem słaby iako ludzka istota, rzekł świąthy.
Aleć na tym nie dość, bo w tym, coś dotąd uczynił, nie ma grzechu, a ia do grzechu wprowadzić cię postanowiłem y nie puszczę cię, a o ziemię rozbiię, z tey wyżyny upuściwszy, ieśli mi grzechu popełnić nie poprzysiężesz.
A świąthy iął gorzko płakać y lamentować mówiąc: O, na coż mnie ty myśli y żądania przywiodły! Otoć iestem w ręku szathańskim y grzechu blisko y utracę niebo, na kthorem całe życie pracował. Puść mnie, szathaie, lub rozbiy, a do grzechu mnie nie wwiedziesz.
Dobrze, rzekł czart, toć sie z tym nie spieszmy. A spoyrz ono pod nogi swoie y obacz śmierć owę, o kthorą prosisz.
I ukazał mu Szathan sztuką swoją dyabelską prawie pod nogami iego naprzód chmury czarne y straszliwe pioruny w nich ukryte, a niżey onych przeglądaiące skały ostre iako noże y naieżone w górę, a morze pod nimi. A uyrzawszy to świąthy ów zaląkł sie wielmi y począł trząść się mówiąc: O Boże moy, nie dozwol mnie themu nieczystemu sathanowi do grzechu dowieśdź!
A Sathan śmiał sie y mówił: A toć eś w ręku moich i z onych nie wydziesz bez szwanku, albo cię oto rozgruchocę thak że lat dziesięć y siedem kroć dziesięć będziesz padał z góry y widział