Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/208

Ta strona została uwierzytelniona.


Oprócz kołpaka, który zapewne miał miny i urody dodawać panu Mateuszowi, miał on wąsy, ale takie, których-by mu był najogromniejszy drab pozazdrościł. Czarne były, lśniące, a tak długie, że z jednéj i drugiéj strony twarzy wystawały mu po ćwierć łokcia. Żartownisie mówili, że z niemi wyglądał, jakby trzymał kij w zębach, ale mówili to pocichu, bo Mateusz jak osa do oczu skakał, byle mu kto czém jego nieszykowną postawę przypomniał.
Ujrzawszy siedzących pod lipą, poskoczył przybyły ku nim i powitał poetę ściśnieniem ręki, potém towarzyszy w koléj; ci go uroczyście powitali, prostując się jak najmocniéj i starając się, żeby ich twarzy nie dostał, co nie było trudném. Omal tam zaraz z tego nie przyszło do zwady, gdyby Wojtek, któremu szło o to, żeby go słuchano, nie rozbroił w początku zwaśnionych, żartując z stron obu. Posłano po dzbany, bo wtenczas inaczéj nie lża było gości przyjmować, tylko pełnemi.
Tymczasem toczyła się rozmowa o nowinach z królewskiego dworu, od Turek, o wieściach, jak miały się odbyć sejmiki, o przyszłych urodzajach i cenach; nikt z poetą nie mówił o tém, co go zająć mogło, co go się tykało, każdy plótł swoje, dla siebie. Petryłło opowiadał, jako się miał do pewnéj gładkiéj pani, która go srodze zwiodła, aż kijmi od męża po grzbiecie dostał, z czego się prawie cieszył, że go jeszcze równo z gachami niebezpiecznemi uważając, karano; Wojtek paplał, co mu ślina do gęby niosła; Bartosz pozbierane w podróży plotki, jedne po drugiéj jak z woru wytrząsał; Mateusz założywszy znowu kołpak na głowę, aby wzrostu sobie przyczynić, chodził, świszcząc pod lipą. Wstał Kochanowski i poszedł do domu.
Na progu spotkała go żona nieboga, i wskazując na konie, które słudzy wodzili po podwórzu, spyta:
— Tatarzy to, czy co?
— Gości Bóg dał, moja miła Hanno — rzekł Jan, — trzeba ich przyjąć, każcie tam uwarzyć wieczerzę, a dobądźcie miodu z piwnicy i jaki dzbanek wina.
— Wieluż ich tam Bóg dał? — spytała.
— Jest ich dotąd czterech — rzekł Jan, — ale kiedy już poszło na to, to się pewnie i więcéj przysunie.
— Że téż to nigdy niéma pokoju — odpowiedziała wzdychając kobieta.
— A cóż-by to było, moja miła Hanno — rzekł Jan, — gdybym był owo przyjął kasztelanią, jakeście mi bardzo wówczas życzyli! Teraz jam sobie szlachcic prosty, a niechnoby się tu krzesło senatorskie wtoczyło, jęliby się sypać panowie senatorzy, byłoćby to dopiéro czego słuchać! Byłby zasię pan kasztelan zjadł pana wojskiego