Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/211

Ta strona została uwierzytelniona.


Ale już pod lipą i miejsca dla gości brakło, gospodarz prosił do domu; popierał wniosek pan Petryłło, który poczuwszy podwikę, zerkał ku domowi raz wraz; był za tém i pan Mikosza, bo próżno wyglądając, czy nie niosą dzbana, przewidywał, że pan Wojski nie na suchą zabawę do domu zaprasza; — większość jednak obstawała, aby zostać pod lipą, gdzie swobodniéj cugle było można puścić rozmowie, bo jéj nie hamowała przytomność kobiet. Wszczęła się tedy rozmowa płocha, wesoła, swobodna, urywana, żywa, któréj najmniéj słuchał i najmniéj pomagał gospodarz. Jego ten najazd niespodziany w chwili, gdy najmocniéj spokojści pragnął, pomięszał; zwolna dopiéro oswoiwszy się z położeniem, przychodzić zaczął do swego humoru i wesołości, gdy goście ze sobą gwarzyli.
Prawda to, że nigdy jedna bieda nie przychodzi sama, zawsze wiedzie z sobą orszak towarzyszek, jak wielka jaka pani. Nim się słońce za drzewa ukryło, przybyli jeszcze goście do Czarnego-Lasu. Pan Chmura, pokorny szlachcic, który z siebie wszystkim drwić dawał, byleby się najadł i napił, bo doma było czasem i chleba skąpo i żonę miał złą, czarownicę. Znać było z postawy człowieka. Szara na nim opończa, przy któréj lepiéj się ubiory wytworne wydawały, milcząca, pokorna, czarny but na nodze, szabelka gdzieś w fałdach ukryta, ledwie jéj koniec wystawał; plecy od ukłonów zgięte, zgarbione, głowa łysa, oczy brwiami i powiekami zakryte, usta zaciśnięte, milczące. Taki był pan Chmura, z którego niekiedy nawet słudzy żarty stroić dozwalali sobie, a on się już ostrzelany nie obruszał, powiadając, że słowa nie kąsają ani biją. Przybył także pan Konrad, niejaki pielgrzym, podobny pierwszemu, od misy do misy, milczący, na oko zadumany, lecz wistocie niczém nie zajęty, tylko naładowaniem brzucha, któren był częścią najwydatniejszą jego całości. Po przywitaniu, zwykle słowa od niego nikt nie usłyszał — siadał i czekał, żeby jeść dali; zjadłszy, trawił; strawiwszy, jadł znowu. Przybył jeszcze i przyjaciel pana Wojskiego, doktor Montanus, krotochwilny, lecz uczony człowiek; trzeźwy, wstrzemięźliwy, małomówny, a wiele myślący.
Gdy gwar go objął, gdy rozmowa w serce uderzyła, zasztukała do duszy, zaczepiła miłość własną, rozśmieszyła, rozruszała; poeta rozjaśnił czoło, rozweselił się, uśmiechać się począł gadkom, zapraszać do dzbana, — pogodził się z przeznaczeniem. Możnaż było inaczej? Zona jego smutniejsze zachowała oblicze, ona wiedziała, na czém się kończą biesiady, i jak się płaci drogo chwilę takiego odurzenia, po któréj długo w domu ślady zostają.
Zastawiono wkrótce wieczerzą. Nie było tam wytworu, nie było mis złocistych, roztruchanów ciężkich, tuwalni szytych perłami, obrusów bogatych — po prostu wszystko, po szlachecku. W jednéj misie