Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/214

Ta strona została uwierzytelniona.


Wtém drzwi skrzypnęły, ktoś wchodził, był to właśnie pan Chmura, ale w dziwnym stroju, bo cały obłocony, mokry, kapiący.
— Cóż to waszeci? — spytał gospodarz — czyś doprawdy chmurą został, że taki jesteś mokry?
— Wielmożni panowie a bracia — odpowiedział szlachcic — okropny wypadek! — Co? jak? mów! — zawołali wszyscy.
— Wyszedłem się orzeźwić świeżém powietrzem, przechadzałem się po podwórku tam i sam, zaszedłem jakoś mimo kuchni.
— Zaleciał cię może zapach pieczeni? — Nie! nie! Nic mnie nie zaleciało, ale ja zaleciałem.
— Dokąd?
— W jakąś przeklętą dziurę, jamę i przepaść, pełną wody, i oto, co się ze mną zrobiło. Moja ostatnia opończa na nic.
To mówiąc, ocierał się biedny i kiwał głową.
— Włóżże go do fraszek, panie Wojski — rzekł Bartosz.
— Niechybnie — odpowiedział Kochanowski, uśmiechając się.
— A kiedy mnie, to i panów wszystkich — przerwał Chmura, spluwając — choć nie wszyscy cale mokrzy jak ja, ale każdy ma swoję mokrą stronę.
Śmiech powszechny dał się słyszéć, wrzawa powstała.
— Bardzo dobrze! wybornie — wołał Jost — wszyscy do fraszek, bez wyjątku.
— A wmść pierwszy — rzekł Jan:

....... miejże się do taszki,
Bo i ciebie, mój Joście, włożę między fraszki.

Oklaskami pokryto żarcik poety, a Jost się zaczerwienił i sam poklaskiwał, a ściskał pana Wojskiego serdecznie.
— Będzie to tak wszystkim nam — rzekł cicho pan Mateusz (ów, co to go na koniu ledwo było widać, tylko się kołpak migał i wąsy) do pana Slasy — moim wąsom, a waszecinemu nosowi pewnie się dostanie.
— I mojéj łysinie nie minie — rzeki Bartosz.
— Ho! bo! toć to i pan Bartosz wiersze składa — podchwycił Wojtek. — Vivat! poeta nowy, fraszka stary Rej i młodszy pan Wojski.
— Mógłbym ja wiele fraszek napisać — odparł Bartosz — bom do nich, jeżdżąc, wiele wzorków nazbierał, ale się nie mieszam w nieswoje. Dobrze, że się podpisać umiem manu propria, będzie na szlachcica dosyć.
— Przezdrowie gospodarskie! — krzyknął powtóre Mikosza pijany, powstając, a ledwie się mogąc utrzymać na nieposłusznych nogach.