Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/219

Ta strona została uwierzytelniona.


Żyd znał dobrze zawadyakę gostyńskiego, bo głośnym był junakiem pan Marcin Brzozowski. Przyjaciele zwali go pospolicie przezwiskiem Kaptura, że opończę od słoty z kapturem nosił, a gdzie kaptur jego zawitał, już tam się bez szumu nie obeszło. Zatém Żyd nizko mu się skłonił jarmułką i stał milczący.
— Twój pan, wojewoda, dziś powróci do zamku? — spytał go pan Marcin.
— Tak, jaśnie panie, — odpowiedział Żyd.
— A czy długo w domu zabawi?
— Komornik jego, co tu był, przyjechał z Bilska i mówił, że jasny pan wojewoda tylko przenocuje, i pojedzie za pilném do Warszawy.
— Pewnie?
— Już nawet wozy wyprawili naprzód.
To tylko chciał wiedziéć pan Marcin, siadł na koń i pojechał, a serce mu biło, a oczy pałały, a ręce się trzęsły.
Przejechawszy wioskę, rzucił się kręto w lewo między płoty i biegł co tchu drożyną, do dworku bielejącego pod lasem, koło którego dymiły się dwa czy trzy kominy chałup chłopskich. Zajechał w dziedziniec, na którym pasło się stado świń, chodziły konie, owce i wszystek dobytek, tylko co z pola przygnany. Pan Marcin przywiązał swoję szkapę do kółka u wrót, i sam pobiegł do domu.
— Jest pan doma? — spytał chłopaka, który w sieni czyścił rząd na konia, niegdyś złocisty, a teraz tylko mosiężny.
— Jest, panie — odpowiedział chłopak, wstając.
Otworzył pan Marcin skrzypiące nizkie drzwiczki i zawołał:
— Niech będzie pochwalony! pokój temu domowi!
— A! Kaptur! — ozwał się otyły gospodarz, powstając i zachylając kapotę, pod którą tylko płócienne widać było ubranie.
Izba, do któréj wszedł pan Marcin, była czysta, wybielona, dwa małe oświecały ją okienka, miała piec prosty i kominek, ławy dokoła, z których jedna przykryta była kilimkiem, na ścianie krucyfiks, zielem święconém otoczony, u drzwi kropielnica, stół dębowy w pośrodku, stara zbroja, koszulka druciana i misiurka wisiały na ścianie.
— Hej pani Barbaro! — krzyknął gospodarz — światła niech podadzą i miodu! Niechże cię uściskam, panie Marcinie!
Pani Barbara pobiegła do alkierza, ledwie rzuciwszy okiem na gościa, a pan Marcin ścisnąwszy gospodarza za rękę, odpowiedział:
— Nie potom ja tu Mości panie przybył, abym z WM. panem bratem pił i hulał. Jeszcze mi się policzki czerwienią, gdy sobie wpomnę moję krzywdę! Tu mi Waszmościnéj pomocy potrzeba!