Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/220

Ta strona została uwierzytelniona.


Waszmość jesteś brat szlachcic jak ja, i co mnie dziś, jutro tobie, jeśli sobie damy po nosie jeździć.
— A cóż to Waszmości się stało? — spytał gospodarz, stojąc przed nim pełen zdumienia i już prawie gniewny, a przynajmniéj usposobiony do gniewu.
— Co i co! ten senatorczyk, pan wojewoda Srzemski, tylko co spotkał się ze mną na drodze. Wiész Waszmość, że ja się nie rad stroję i nie wyglądam na gaszka; ale się za to na mnie nikt nie zawiedzie, ale za to cudzego i swego chleba nie przemarnuję na puste bawidełka. A dobrze mi w mojéj opończy, jak drugiemu nie lepiéj w pożyczaném złocie! I dlatego, że mnie wojewoda widział licho ubranym, śmiał mnie, Brzozowskiego, herbu Belina, z dziadów i pradziadów szlachcica, nazwać chłopem.
Chłopem! on WMość chłopem śmiał nazwać! — krzyknął pan Sławek, uniesiony gniewem. — A dajcież mi szablę, a pójdziem; już my go nauczymy, co chłop, a co szlachcic! — I tu rozpuściwszy poły kontusza, począł po izbie latać pan Sławek. Dobrze bowiem trafił pan Marcin naprzód do niego, jako do sąsiada pana wojewody, który z nim ciągle darł koty i siedząc na kilku zagonach, lękając się najazdu i przemocy magnata, pałał ku niemu najsroższą nienawiścią.
— Hej! konia no tam siodłajcie! — wolał pan Sławek; — mego siwo-jabłkowitego!! pojedziemy! jedźmy! Chłopcze, daj tu pasa! Maciek, pasa! buty, szablę!
I wołał, i biegał, i odziewał się co predzéj.
— Czekaj, czekaj, — rzeki pan Marcin — we dwóch przecie na wojewodę nie naskoczym, boby nas zdespektował; trzeba nam jechać do przyjaciół i jutro dopiéro zajechać mu drogę w dobrym poczcie. Bo jutro on wyruszy do Warszawy! Dopiéroż go tam spytamy wszyscy, czego mnie nazwał chłopem, kiedy widział u mnie szablę u pasa. Pokażę ja mu, com za chłop, aż mu jego senatorstwo pójdzie gardłem nazad. Niechaj się obejrzy na swój herb! Co mi za herb jakiś nowotny, i pierwszy to senator tego herbu i imienia!
To mówiąc Kaptur, chodził i zżymał się.
— Zacny herb Drogosław! Kto słyszał o tym herbie? Lepszać moja Belina!
— O! i jak lepsza! — odpowiedział pan Sławek — aleć my go nauczym i nie damy sobie w kaszę dmuchać. A jeźli go Waszmość weźmiesz na naukę w swoje ręce (dodał), to wcześnie posłać trzeba na egzekwie do Płocka i niech mu katafalek stawią! — To mówiąc, krzątał się po izbie i ubierał, tymczasem pani Barbara kazała dziéwce podać miodu i dwa kubki. Szlachta ledwie miodu się dotknęli, na panią Barbarę i okiem nie rzucili, a całkiem sobą i wypadkiem zajęci, wypadłszy z izby, dopadli koni i ruszyli.