Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/222

Ta strona została uwierzytelniona.


— Ja ani usiądę, ani wypiję! — rzekł Kaptur — póki mnie Waszmość nie posłuchacie! Jestem skrzywdzony! okropnie skrzywdzony!
Tu runęły ławy, szczękły kielichy, zabrzękły szable, jedni przez drugich się powychylali, niektórzy na ławy, inni na stół nawet powłazili.
— Co? jak? kto? gdzie? bij! zabij! Jakiż to łotr! Cóż to za bestya! Uszy mu poobcinać! A czemuś go nie zdusił! Dajcie go tu! Kto się ważył?
— Słuchajcie Waszmość, — odpowie Brzozowski, — i nie ja jeden, ale wy wszyscy jesteście skrzywdzeni, i wy wszyscy powinniście mi pomódz do zemsty! Godzin temu ledwie kilka, na drodze od Płocka spotkałem wojewodę jadącego do siebie. A gdym go niepocześnie ubrany, tak jak tu stoję, mijał, śmiał mnie w głos nazwać chłopem! dlatego, żem był sam jeden i licho odziany. Alem go prosił, by mi to jutro powtórzył. Jutro wojewoda jedzie do Warszawy, trzeba, żebyśmy się wszyscy szlachta zebrali, zajechali mu drogę i spytali, jakiém czołem śmiał to rzec jednemu z nas? Kto z was czuje szlachecką krew w sobie, za mną, panowie bracia!
Wszyscy krzyknęli:
— Zgoda, zgoda! jedziem, jedziem! daléj! na koń!
— Wieleż nas tu jest? — spytał Kaptur.
Policzyli się oczyma i pan Sławek ozwał się:
— Dwudziestu!
— O, to mało, — odpowiedział Brzozowski — trzeba, żeby nas więcéj było, niż wojewodzińskiego dworu. Niech będzie nas dwudziestu, a czeladzi dwudziestu z pacholęty, i tego mało! Kto z was panowie bracia łaskaw, niech rusza po szlacheckich dworach i zwoła szlachtę jak na pospolite ruszenie w obronie szlacheckiéj czci i sławy. Jutro jak godzina na dzień, zbierzemy się wszyscy zbrojno, a uczciwie odziani, wedle przemożności swéj, za karczemką pana Sławki, za borem, na warszawskim gościńcu, u mogiły kowalowéj, koło Bożéj męki.
— Zgoda! zgoda! a chłop chyba, kto nie ruszy. Do strzemienia, napijma się panie bracie, wsiadanego! — A przez drzwi zawołali ochotnicy: — Hej służba! koni! podawajcie koni!
Tak nagły wyjazd przeraził służbę, która co tchu pobiegła po stajniach i obórkach zbierać resztę koni swych panów i nuż uzdać co prędzéj. Myśleli, że najmniéj Tatarzy wpadli na Podlasie i pospolite nakazano ruszenie; tymczasem goście szukali pod ławami czapek, pasów, szabel, pili, ściskali się i najeżdżali, odgrażając na wojewodę. Wkrótce pusto było we dworze, i pani Maciejowa kazawszy wyrugowaną zanieść nazad do alkierza pierzynę, spać się