Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/223

Ta strona została uwierzytelniona.


spokojnie układła, słuchając tylko chrapania pijanych, na sianie w pierwszéj izbie zasypiających.
Rano ledwie godzina na dzień, już u mogiły kowalowéj, za karczemką pana Sławki, zbierali się panowie szlachta, i wszystkiemi drogami do niéj dążyli. Wysłany przodem jeden do wioski wojewody miał oznajmić, gdy pan Srzemski z zamku ruszy. Wszyscy szlachta rozłożyli się pod Bożą męką na trawie, siedzieli, gadali, śmiali się, i zajadali, co Bóg dał. Ranek był chłodny, ale pogodny, tylko wiatr dął przeraźliwy. Coraz to któren ze szlachty przybywał, i około dziewiętnastéj godziny było ich już z pachołkami około stu koni, różnego wieku, wzrostu i twarzy i ubioru. Wpośród nich, jeszcze płomienny gniewem Kaptur, w wczorajszym stroju, z szablą u pasa, dowodził. Wszyscy byli jak od święta ubrani, bo mieli mu dwór honorny składać, i chodziło im o pokazanie wojewodzie, co może szlachcic. Pan Marcin miał wielu przyjaciół, w jego osobie obrażona cała szlachta czuła się gniewną i żądała się pomścić.
O dwudziestéj godzinie przybiegł wysłany chłopak na zdyszanym koniu, oznajmując, że wojewoda rusza z zamku we czterdzieści niespełna koni. Zaraz wszyscy na koń siedli, i droga zasiała się końmi i ludźmi, w dziwacznych barwach, postawach, ubiorach. Na czele orszaku jechał Kaptur, kręcąc dumnie wąsa. Za nim wszyscy przedniejsi ręce na szablach, czapki na bok, mina gęsta; daléj pachołki; było ich więcéj sta koni, a poczet ten rozbiegłszy się po drodze, na oko znaczniejszym się jeszcze wydawał, niż był.
Ruszyli kłusem, i właśnie na granicy pana Sławki ujrzeli tuman pyłu; uszykowali się porządniéj i postępowali w milczeniu.
Wojewoda dumał siedząc w kolasie, gdy przeciw słońcu spojrzawszy, ujrzał coś czerniejącego w pyle na drodze. Sądził z początku, że to bydło z rosy pędzą, lecz przyłożywszy rękę do oczu i wpatrzywszy się dobrze, dojrzał piór u czapek, i koni i ludzkich twarzy. Coś go tknęło, i zaczął pytać komorników swych, coby to było.
— Kto to wie? — odpowiedział jeden — jacyś ludzie jadą!
— To wojsko, — rzekł wojewoda niespokojny — albo się mylę, albo że jest ze sto koni: — a nie widać czyjéj kolasy w pośrodku?
— Nie panie! — Wybiegli komornicy naprzód i patrzyli.
— Szlachta gdzieś jedzie! — powiedzieli.
— Cóż to, że tak wolno jadą i prosto na nas? — pytał wojewoda jeszcze. Ale nikt mu nic nie odpowiedział. Nareszcie gdy już na staje od siebie byli, począł się Srzemski wpatrywać, i niby przypominać sobie twarz i strój wczorajszego w drodze spotkanego jeźdźca. Posłał więc komornika z zapytaniem do szlachty: ktoby byli, i czego żądali?