Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/228

Ta strona została uwierzytelniona.


Zaklika podniósł oczy i z cicha bąknął:
— Prawda. A no, jedźma
Do wieży kilka jeszcze staj było, puścili się nasi podróżni kłusem i z pod opończy, któremi osłonieni byli z głowami, rzucając kiedy niekiedy ukośne na wieżę spojrzenia.
— Hm! hm! Litwo, — rzekł Zaklika — do stu kaduków, znowu się coś świeci.
— Niech się już świeci, czy nie świeci, a my jedźmy prędzéj, — odpowiedział Świdło — co tu myśléć i patrzyć, koniom ostrogi i ruszać.
— Ta, ta, ta! koniom ostrogi! Ot!...
— No, a cóżbo znowu?
— Ja się wrócę nazad.
— Porzućże waszmość te błazeństwa — rzekł odwracając się Litwin — każdy z nas trochę się boi ducha, ale minąć wieżę szeroką drogą, to nic strasznego, choćby w niéj Lucyper starszéj córce wesele wyprawiał. — Toć krzyż pański od wszego złego obroni!
Zawstydził się Zaklika, który we dnie był odważnym rębaczem i nie dawał sobie w kaszę dmuchać — nic więc nie odpowiedziawszy towarzyszowi, spiął konia i poleciał w czwał drogą — Litwin za nim. Zbliżyli się ku wieży, ona stała czarna znowu, ale gdy już ją mijać mieli, koń pana Zakliki czegoś przestraszywszy się, kopnął w bok nagle i pana z siebie zrzucił. Nadbiegł na to Świdło, i stanął, nie chcąc towarzysza opuszczać, który silnie konia swego przytrzymywał za uzdę i próżno z ziemi podnieść się usiłował.
— Na Boga, ratuj, panie Świdło, pomóż mi, rękę sobie potrzaskałem czy co? — wołał leżący na ziemi. Litwin schylił się do niego, a na chwilę zapomnieli oba o duchach i o wieży. Wtém nad ich głowami zajaśniało światło w oknach pustki i padło odbite na podróżnych naszych. To zjawisko nowego ich nabawiło strachu, śpiesznie jęli się do koni; Zaklika z pomocą towarzysna na swojego się wgramolił. Ale nim się to stało, oczy Litwina ujrzały dziwne rzeczy, bo on przeżegnawszy się i nie bez strachu z ciekawości wrodzonéj, zajrzał w okno, z którego biło światło. I widział w niém — kobietę młodą w bieli ubraną, z chustką w ręku, wychylającą się z okna w dół, jakby czego szukała, i słyszał śpiew jakiś niezrozumiały, smutny, nucony niewiadomo przez kogo. Przeżegnał się powróre i więcéj nie patrząc, jechał daléj z panem Zakliką, który, od strachu i bólu, wpół był umarły.
Spuścili się wąwozem ciemnym w dół na zarośla i po chwilce ujrzeli światło.
— To gospoda, dzięki Bogu! — zawołał Zaklika.
Milcząc podjechali ku niéj. Nie prędko otworzono im wrota, bo żyd