Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/273

Ta strona została uwierzytelniona.


ni zacinać i pędzić. Tak w największym strachu dojechali do jakiéjś wsi, w którą wleciawszy chłop, prosto zawrócił na podwórko, do stodoły.
— Gdzie ty jedziesz? gdzie? — zakrzyczeli żydzi.
— Siedźcież cicho, żydy! — odpowiedział złażąc z bryki Jow, zrzucając co prędzéj towary, — i nie puszczajcie głosu.
Nadszedł drugi chłop, poczęli się naradzać i kazali żydom zrzucić kontrabandę w słomę.
— A bryka, a konie? — niespokojny spytał Hersz.
— Tu niéma co robić, tylko chcecie być cali, to słuchać mnie, pogoń za nami. Wyrzucajcie co jest z bryki, a konie zaciąwszy puścić ku granicy, jak złapią, zadurzą się i może nam dadzą pokój. Inaczéj my przepadli.
Zmuszeni słuchać Jowa, żydzi wzięli się do zrzucania paczek w słomę, a zaledwie się uprzątnęli, chłop siadł na wóz znowu, i poleciał. Długo siedzieli w stodółce, czekając na niego, miało się na dzień dobrze, gdy pieszo, zmęczony, ocierając pot z czoła, przywlókł się Jow do nich.
— A konie, a bryka? — zawołali żydzi.
— Na tamożni, zabrali strażnicy, chwała Bogu.
— Jak to? chwała Bogu!
— Lepiéj stracić konie i brykę, niż towary, teraz najmijcie konie i wieźcie pekele, a nam płaćcie.
— Jeszcze tobie zapłacić! Jeszcze tobie zapłacić! a konie! a wóz?
— Ja ich nie wziął!
— A kto wié, czy ty ich nie wziął!
— No! no! — odparł Jow zapalając fajkę, — nie gadajcie, nie gadajcie, a zapłaćcie i mnie i kumowi, co stodoły pozwolił; a nie...
— A nie, to co? — zawołali żydzi.
— A nie, to pójdziem po strażników. Ot, tutaj w karczmie dwóch jest.
Żydzi potruchleli, nuż w targ z chłopami i jakoś skończyli. Teraz trudność najęcia podwody, bo lada kogo nająć nie można, aby nie wydał po drodze. Jow tedy znowu poszedł najmować fury, i szarym mrokiem porannym żydzi wyjechali z wioski, kierując się na Boremel, Nieśwież ku Łuckowi. Byle dopadli miasta, mogli już być spokojni; towary pochować było łatwo. Ale tu cały dzień drogi przed niemi, a w dzień jechać niepodobna. Sami chłopi poradzili, zajechać do lasu, w gęstwinę i tam do drugiego zmroku przestać. Tak się i stało. Jow pożegnał śmiejąc się, żydów, zdając ich na ręce nowym przewodnikom. Niedaleko odjechawszy, gdy rozedniało, zawrócono w dąbrowę gęstą, opodal od drogi.