Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/275

Ta strona została uwierzytelniona.


Poszli i począł się targ, ale nie uszedł żydom na sucho, broniąc się od poimki musieli zapłacić pięćdziesiąt rubli srebrem i dać nowiuteńkie futro szopy, a dodatku sukna na pokrycie. Odebrawszy swoję należność, urzędnik znikł w gęstwinie, a żydzi zostali z pospuszczanemi nosami, drapiąc się po głowach.
Nie było czego czekać, pozaprzęgano konie, ruszyli; lękali się, aby ich kto nie napędził znowu. — Zmierzchem przebrali się na Nieśwież, Korszów, Gródek, do Kozińskiéj karczemki i tu dopiéro odetchnęli spokojniéj, widząc się blizko Łucka! — Poszli napić się sami wódki i poczęstować ludzi. Deszcz ciągle kropił i zmierzch padał.
Po oślizłéj i zatoczystéj drodze, puścili się daléj, mijając Zaborol. Tu u murowanéj karczmy, znowu stali wytchnąć koniom, bo szkapy niewiele karmione, pomęczyły się były zupełnie, ciągnąc dość wielką wagę. Łuck już był pod bokiem, o pięć werstw, mimo tylu przygód i tylu opłat, żydzi rachowali swoje zyski i śpieszyli niespokojnie do miasteczka. Po ciemku posunęli się znowu zgóry na górę rżnąc się po kolejach błotnistych. — Na grobelce, którą zowią czortkiem i nie darmo, bo ją tam czort cały posadzić musiał, dla zniecierpliwienia podróżnych, konie w gęstszym niż gdzieindziéj błocie ustawać zaczęły wyraźnie. Z tyłu dał się jak na złość słyszéć dzwonek pocztowy i wołanie pocztyliona.
Żydzi powstali na nogi, pochwycili baty od chłopów i nuż po koniach bić. Nareszcie wydobyli się z błota i pokłusowali. Na lżejszéj drodze, wstąpił szczęściem duch w konie, Łuck był blizko, świecił przed niemi, błyszczała woda rozlanego po ługach Styru, bielały mury kościołów.
— A nu! a nu! — Jadą co konie mogą wyskoczyć, za niemi ciągle pocztarski dzwonek, co ich dreszczem przejmuje.
Jeden drugiemu szepcze:
— Może to asesor?
— Może asesor.
Spuszczają się z góry, przez rozlazłą kałużę przebierają, już są u mostu Kraśniańskiego, a za niemi ciągle dzwoni: a tu u rogatki przystępuje rewidować strażnik, czy wódki nie wiozą. Hersz miał przytomność dać mu dziesięć groszy, puszczono ich. Ledwie są na pół mostu, słychać za niemi:
— Łowi! łowi! derży!
Żydzi zacinają konie co sił staje, chłopi sobie — za niémi dudni na moście powózka asesorska.
Jeszcze chwila, a będą w mieście, jeszcze chwila, a ocaleni zostaną.
Szczęściem na wiecznie popsutym moście Kraśniańskim, nie tru-