Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/299

Ta strona została uwierzytelniona.


dno westchnienie wyrwało się może z nich nie postrzeżone za tém szczęściem, którego nigdy zaznać nie miała Kasia, nigdy skosztować, którego nawet zakazała sobie spodziewać się i pożądać. Nieraz jéj śmiałością i wzrokiem znęcony zbliżył się ktoś do niéj, a słówkiem, wejrzeniem, rozkołysał pragnienia uśpione, ale bicia serca tamując dłonią męską, Kasia powtarzała sobie:
— Nie! nie! nie pójdę za mąż! Słodko się to poczyna zawsze, Bóg tylko wié jak kończy.
Po przyjęciu małéj wychowanicy na opiekę, jakoś się już tak uspokoiła tém przybraném macierzyństwem, że prawie była szczęśliwą; ale gdzie na świecie długie szczęście? Pani Janowa chorą była i coraz słabszą, nareszcie umarła biedaczka, a mąż jéj opłakawszy ją i zapiwszy na stypie gorzkie łzy swoje, najdziwniéj w świecie zaproponował Kasi, żeby w jego domu pozostała. Kto wié? musiał miéć jakieś projekta może! ufał, że biedna sierota opiekę jego w niedostatku innéj przyjąć będzie musiała, choć ją swą poczciwą sławą opłaci.
— Bardzom panu wdzięczna — odparła Kasia — ale to być nie może.
— Czemu? — spytał pan Jan.
— Ludzie-by pletli Bóg wié co, i byłoby to wistocie nieprzyzwoicie.
Pan Jan się zmieszał.
— Co tam ludzie — rzekł — czy to na nich zważać!
— Musimy się na nich przecie oglądać — odpowiedziała Kasia — bo ich najniesprawiedliwsze paplanie zawsze taki ma grunt jakiś i czegoś nauczy.
Nie było sposobu wstrzymać, i panna Katarzyna wyniosła się zaraz do najętéj małéj izdebki na oddalonéj uliczce, ze swoją wychowanicą. Drobny legat nieboszczki pani Janowéj dostateczny jéj był na początek gospodarstwa.
Ułożyła sobie nie mieścić się już u nikogo, pozostać samą, począć uczyć za małą zapłatą miejskie dziewczęta i z tego się utrzymywać. Śmiały to był pomysł w początku mało znanéj i nie mającéj nikogo za sobą kobiecie chciéć tak sobie dać radę własną siłą, ale panna Katarzyna znała swoję cierpliwość, i ufała Bogu, a po nim pracy.
Naturalnie szło jéj to trudno w początku, uczennic nie było całkiem, trafiła się jedna rozpieszczona, nie było na nią sposobu, z drugą się téż nie udało, ludzie swych broniąc dzieci, winili mistrzynię, ale na twardéj téj drodze z pogodną idąc twarzą, Kasia powtarzała sobie:
— Jakoś to będzie z pomocą bożą!