Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/309

Ta strona została uwierzytelniona.


do klasztoru, potém hulającego na zabój lat kilka w Rowieńskiém; na czele fabryki powozów, na ogromnéj dzierżawie, koniarzem pół roku, dwa tygodnie bałagułą, anglomanem... ale któż zliczy, czém był w ciągu tych lat? nawet filantropem.
Napadła go ta chandra jak inne, założył szkółki, lazaret, ochronę, oddał się cały swojéj włości i kazał nam o ofiarach i obowiązkach, aż łzy nieraz wywoływał, cóż kiedy i ten szlachetny popęd, jak inne, jakiś wiaterek leciuchny rozwiał, by mgłę na świtaniu.
— Takiego typu, jak Jerzy — odpowiedziałem — trudno jest zapewne znaléźć drugiego, ale zważ, że to tylko spotęgowana wada nas wszystkich, przesadzony grzech pierworodny szlachecki, narodowy! niestety. Wszystko u nas tak jak u pana Jerzego uczuciem się dzieje nie głową, rzucamy się chciwi, gotowi na ofiary i gdyby nam w pierwszéj chwili łeb ucięto, nastawilibyśmy go ochotnie... ale jutro, pozajutro, za półrocze ani się już dowiaduj o wczorajsze postanowienia. W niczém nie możemy wyrobić na sobie stałości, ciągu, wytrwania. Pan Jerzy reprezentuje większość i usposobienie ogółu, najnieszczęśliwsze dla nas samych. Usposobienie to odbija się w opinii, w działaniach, w całkowitém życiu społeczném i aż w literaturze naszéj, wierném zwierciedle żywota. Nie widzimyż codziennie gwałtownie miotanych potępień, które jutro gotowiśmy po szampanie zmienić w uwielbienie dochodzące do szału i zaprządz się do powozu tego, na którego przed godziną rzucaliśmy kamieniem. W codzienném domowém pożyciu brak ciągu, planu, stałości sprowadza co chwila ruiny i bankructwa. W literaturze naostatek mamy pisarzy, z których ust tak dziwnie z dnia na dzień ciepło i zimno wychodzi, że dwóch ich dzieł za utwory jednéj głowy i serca uznać niepodobna.
Niedawno widziałem całą młodzież opętaną Szleglem, późniéj Trentowskim, i przechodzącą, dzięki Bogu, do złotego Ołtarzyka równie łatwo, jak szła pod sztandary racyonalizmu. Ale smutno to na to patrzéć, bo cóż zaręczy, że jutro niepocznie ich trząść jaka febra Feuerbachowska, i nie chwyci jaki paroksyzm Straussowy?
Była chwila takiéj gorączki i zapału do literatury; kto nie pisał, ten zbierał, czytał, kupował książki stare i nowe, lub choć maleńki chciał miéć udział w czynności literackiéj kupki, która się zaprzęgła orać tę rolę niewdzięczną. Spójrzmyż dziś, co się nas pracujących zostało na zagonie, ilu wróciło do cukrowarni, do gospodarstw, do próżnowania i kart? spójrzmy kto czyta i kto pisze z tych, co w pierwszéj chwili gotowi się byli po samę szyję umoczyć w atramencie, a po oczy zakopać w książkach?

Rari nantes in gurgite vasto.