Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/330

Ta strona została uwierzytelniona.


i gwałtownych namiętności, ani jednemu, ani drugim pokarmu nie mogło nastarczyć życie, do zabicia jednostajne, ciężkie i miłość, którą prędko przesyca uśmiech stereotypowany, żale codzienne też same, ziewanie co chwila szersze. Musiałem zaniedbać Antosię... Któż temu winien? zanadto gorące i szérokie Bóg mi dał serce, jedna miłość powszednia wystarczyć mu nie mogła! Cóż zresztą znaczą łzy jednéj kobiety? Miała dziecię, które ją pocieszać było powinno, i przyjaciół, i wzdychającego do niéj platonicznego kochanka!! Rzuciłem się w świat większy: domowéj rzeki mało dla piersi, musiałem na morze wypłynąć. Wszakże jéj nic nie brakło? nie wygnałem z domu, nie zapomniałem o jéj potrzebach.
Byłbym wielką zapewne i znaczącą rolę odegrał na świecie, gdyby nie dziwna, chwilowa miękkość, któréj sobie darować nie mogę, a obronić jéj nie umiem. Zbyt zniewieściałe odebrałem wychowanie, tysiące mętów z tego ulepku osiadły na dnie serca, i oczyścić z nich go nie potrafię. Na najwięcéj obiecującéj drodze powstrzymała mnie i wstrzymuje skłonność dziwna, chorobliwa... jakaś draźliwość sumienia, która w stanowczéj chwili odbiera odwagę i czyni mnie istotą bezsilną, rozstrojoną... Sumienie, opinia, niedorzeczności tego rodzaju, zawadzały mojemu szczęściu, btóre przecie pierwszym być powinno celem człowieka...; innego, to darmo! nie widzę... Bałamucą nas niém, ale to dobre dla ciemięgów, nie dla nas, co się nad te przesądy wznieść umiemy.

XI.

— Co waćpan prawisz? co waćpan prawisz nie do rzeczy? — zawołał w téj chwili ksiądz Jacek, który zbliżywszy się podsłuchał ostatnie słowa Jana. Głos bonifratra czarodziejsko podziałał na biednego; znowu nastąpiła przemiana, i wyjaśnionym wzrokiem spojrzawszy na braciszka, spokoił go szepcząc pocichu:
— Nic, nic, nie bójcie się, gadamy sobie z akademikiem... to tak! o różnych rzeczach...
— Ależ waćpan bałamucił? — rzeki ksiądz Jacek.
— Tak, trochę, ale już to przeszło — odpowiedział Jan — znowu się był do mnie przyczepił ten utrapieniec... wypędziłem go... nie przeszkadzajcie nam... ten młody chłopiec umie słuchać...
Ksiądz Jacek ruszył ramionami i odszedł.
— Otóż to waćpan masz próbkę tego, co się ze mną dzieje — zawołał Jan po chwili — pokoju mi nie daje, to jeszcze dobrze, kiedy się da wyforować, ale często bywa, że siądzie obok poczci-