Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/331

Ta strona została uwierzytelniona.


wego Jana ten niegodziwiec, i ząb za ząb się z nim ujada, to mnie tak zmęczy, że na siłach upadam... O czémże mówiliśmy? O biednéj Antosi podobno. Ożeniłem się, ożeniłem i kochałem ją szczerze, i bylibyśmy szczęśliwi, gdyby nie intryga tego łotra. Anim się postrzegł, jak mi wszystko psuć zaczął: wynalazł zaraz, że ona mnie nie rozumie, gdy przeciwnie jam tego anioła był niegodny i serca jego pojąć nie umiałem; domyślił się kochanków, gdzie może byli przyjaciele, gdzie szukano tylko pociechy i współczucia; zatruł mi pożycie wątpliwością i obojętnością, żądzą jakąś namiętności gwałtownych, nienasyconych... Broniłem się mu ze łzami; biedna Antosia pojąć nie mogła po wieczornym uścisku rannego gniewu i szyderstwa, tych przemian czułości i niewiary, które wybuchały z kolei. Nakoniec rzadszemi coraz stały się przywiązania dowody, jam płakał, on odciągał, porzuciłem dom... wybiegłem w świat.
A i któż opisze, com doznał w chwilach oprzytomnienia płacząc po straconém szczęściu, po cichym dworku i osierociałéj Antosi... Nieraz przy pięknéj Adeli, nowéj mojéj kochance, dla któréj traciłem, com miał tylko, rzucał mnie Kain i odskakiwałem od niéj ze wstrętem, uciekałem z obrzydzeniem; to znowu gdy mnie ten zły duch opętał, leżałem u nóg jéj, usiłując przebłagać... Wszystkie namiętności, któremi brzydziła się druga moja połowa, rozbudził we mnie nieprzyjaciel: pragnienie zysku, dumę nienasyconą, upodobanie w fałszu i oszukaństwie. Ledwie na chwilę odzyskiwałem przytomność i wpadałem znowu w ten stan, którego całą podłość czułem, widziałem i cierpiałem za nią.

XII.

Byłbym może pod tą władzą zaborcy pozostał na wieki, gdyby serdeczny żal przeszłości nie wyrobił we mnie sił rozpaczliwych, niemi wygnałem z siebie Kaina i uciekłem od tych miejsc, które widziały poniżenie i grzechy moje. Ale duch złego nie odszedł ode mnie daleko, ucichł tylko przybity, ścigając mnie zawsze, i wśród ciszy pokutniczéj, prześladującéj szyderstwem, starając się ułudzić swoją sofistyczną dyalektyką...
Nocą i dniem słyszałem w sobie te dwa głosy, z dwóch przeciwnych krańców, wiodące niewyczerpaną dysputę z gwałtownością, od któréj pękała czaszka i rozbijało się serce. Cokolwiek czyniłem, gdziem stąpił, szedł za mną prześladowca i nicował każdą myśl, każdy ruch poczciwy, wykazując go głupim i niedołężnym- Jak syn marnotrawny powróciłem do domu i jak on przyjęty zo-