Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/345

Ta strona została uwierzytelniona.


— Kto cię prosił?
— Obowiązek...
— Dziecinna ciekawość... idź sobie!... — To mówiąc położył się, a raczéj obalił, wołając jeszcze słabnącym głosem: — Idź precz!
Z ostatnim wyrazem znać opuściły go siły, zamknął oczy, zaciął usta; wyciągnięte oczy, zmarszczone czoło świadczyły tylko o srogiém cierpieniu. Nie mógł się zdobyć na więcéj. Poznałem, że tu bez rady doktora sam nic nie nadam, pocichu więc wymknąłem się, zaryglowałem drzwi znowu i poleciałem do profesora Abichta, bo mi było najbliżéj do murów uniwersyteckich. Ale Abicht swoim zwyczajem, choć najwięcéj może ze wszystkich profesorów miał nauki i serce najpoczciwsze, odmówił rady, bo w praktykę nie wierzył i nie miał ufności w sobie właśnie przez zbytek nauki.
Pobiegłem do Rynkiewicza, któregom nie znalazł, do Porcyanki, i tego w domu nie było, nareszcie do Korzeniowskiego, który nigdy żadnemu z uczniów nie odmówił pomocy. Odmalowałem mu położenie Draga, i za chwilkę byliśmy u niego. Ale trafiliśmy już na delirium i gorączkę, w któréj gadał z niesłychaną szybkością i wymową... Profesor i ja jak wkuci zatrzymaliśmy się na progu.
— Nie! — wołał — nie zmożesz mię, siło niszcząca... jestem młody, mam wolę potężną, mam przyszłość... zwyciężę! Czuję przed sobą życie... muszę je zdobyć... Zajrzę na dno téj wielkiéj tajemnicy, któréj znam tylko zadanie, a rozwiązania nie pojmuję.
— Wszystko głupstwo — dodał po chwili — na dnie wszędzie człowiek ze swoją maluczkością i dzieciństwem... w każdym bohaterze siedzi w kątku kawałek błazna i trochę smarkacza... Ot, ot, zdaje ci się, żeś w nim schwytał wyższą istotę, a już się wyślizga i przedzierzga w małoletniego roztrzepańca. Zaczyna jak prorok, kończy jak szewc pijany... doskonale śmieje się z głupstw cudzych, a swoje ma za całkowicie usprawiedliwione... toż samo w życiu i nauce... a wszędzie ja na wierzchu, ty dla zabawki, a on wielkie X nieznane tylko dlatego, by trójkę Platonowską dopełnić.
— Co mi pan mówisz? — ofuknął się z cicha profesor — on chyba udaje delirium, nie deliruje...
— To być nie może, zbliż się pan... — rzekłem.
Podszedł do łóżka pan Korzeniowski i zdumiał się, Drag oczywiście był nieprzytomny, obłąkany, ale pot występujący nań silnemi grochowéj wielkości kroplami zwiastował kryzys.
— Natura silna, wyjdzie cało!... — rzekł po cichu.
— Czegóż mu potrzeba? — spytałem — by naturze dopomódz!
— Nic w téj chwili prócz spokoju; co się miało stać, już się stało, przebędzie dzień dzisiejszy, w stanie osłabionym, wyłysieje na nowo, i ta choroba na długo uwolni go od innych.