Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/347

Ta strona została uwierzytelniona.


— Nie wiem, słuchajmy... Nazwiska nie dosłyszałem...
— Idźże precz, Bombaście... Najlepszym dowodem postępu ludzkości jest właśnie przyjście Alberta W. i Paracelsa po Arystotelesie... Cha! cha!
— A precz, kuglarze! precz! Prosimy pana Bakona, który z tyłu wygląda. Co waćpan nam powiesz? Wyłożysz zapewne swoję teoryę wiatrów, dowód jak doskonale umiałeś zasadę przez się znalezioną zastosować. Nie wstydź się waćpan, wszyscyśmy głupi, nie z jednéj, to z drugiéj strony... możesz sobie siadać mimo teoryi wiatrów i innych twych bredni. Ależ mi ich tu nachodzi! Czy nie zamknąćby już drzwi! Augustyn syn Moniki! Kłaniam uniżenie... Jedno piękne, jakiem znalazł w legendzie waćpana, to owo chłopię, co to wielkie morze dłonią w maleńki dołek przelewać chciało. Gród-Boży wziąłeś z neo-platońskiéj szkoły, nie z Platona, boś nawet po grecku nie umiał, to wiadomo... Mniejsza o to! ale duch był wielki! Głową i czołem przed potęgą ducha! Tertulian! dajże mi pokój, skończyłeś kacerzem z wielkiéj mądrości, urwało się na końcu. Hipokrates chce, bym mu język pokazał... masz go jak długi, ale cóż z tego, kiedyś nie znał anatomii... chyba proroczo zgadniesz, co mi jest, kiedy nie wiesz, co w sobie mam... Czegóż się to gniewać! tak jest! A rady niczyjéj nie potrzebuję, bo i sam wyzdrowieję, czuję, chcę, muszę, bywaj zdrów, bez was wszystkich dźwignie mnie młodość i wola...
Zamilkł, ale oddychał ciężko i rzucał się przez chwilę.
— Czy zawsze tak świat będzie piękny jak dziś? Starzy mówią wszyscy od lat tysiąców, że im brzydnie, więc nie świat piękny, ale piękno w tych oczach, co na niego patrzą. Dziwne przeznaczenie... na Boga, mozolić się, pracować, boléć, tułać, walczyć, podnosić duchem, i potém znowu na upokorzenie, starzejąc tracić wszystkie mozolnie nabyte władze, słabnąć, niszczéć, zapominać, ziębnąć, by umrzéć prawie tak głupim, jak się urodziło! Ale czy wola ludzka nie może zwyciężyć nawet starości? nie wiem! Sądzę! nie rozumiem... Ale czém sobie głowę suszyć... wszystko zabawki i fraszki...
Zamilkł podśmiewając się po cichu.
— Nikogo — rzekł — żywéj duszy... takie przeznaczenie moje, nigdy nie miéć nikogo, urodzić się nie wiedziéć gdzie i jak, jak grzyb nad drogą w zgniłym pniu, na kupie gnoju... być wykarmionym z łaski, rzuconym na łaskę losu... i sierotą zostać na zawsze... a pokazać, że wola wszystko zastąpić może, zwycięży i przemoże wszystko... Nie znałem ani ojca, ani matki, ani serca... i nie potrzebuję ich, miłość zmiękcza, rzecz babska, na nic się nie zdało kochać... posiąść chcę, nie miłować... Pokraję świat w ka-