Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/361

Ta strona została uwierzytelniona.


wśród nich potrafię? ja jestem zieloną gąsienicą na liściu zielonym; jaki pokarm, barwa taka. A wiesz — dodał — niech wstanie prorok, niech błyśnie myśl, niech się wyrobi potęga, może pojmę ich ułomność, ale mnie one pociągną... jak celnik rzucę worek i pójdę za słowem Mesyasza... Jeszczem ja nie tak ostygły jak wasz wiek dzisiejszy... Dla was niéma jeno chleb powszedni, nic, jeno koryto wieprzowe... jeść, jeść i nic więcéj... nie uczyć ubogich, ale ich karmić chcemy, nie doskonalić, ale od głodu obwarować. Wyrazem wieku jest ta obawa o jutro nie duszne ale żołądkowe... I chcesz, bym taki świat kochał, albo dla niego poświęcił ćwierć minuty życia mojego... Nie! jak wszyscy tak i ja! buduję ciepłą chatę, jem, piję i kpię z tego, co mnie otacza.
— A! — zawołałem — to stan okropny!
Rozśmiał się.
— Wiesz — rzekł — tyle się tylko we mnie zmieniło, że pojmuję okropność tego stanu, że są dla mnie chwile takiéj rozpaczy, iż głowę o mur chcę roztrzaskać, ale śmiechem się jak zimną wodą obleję i znowum zdrów... ot tak! aby do końca!
— I nic dla serca! — spytałem.
— Na co serce? Serce to rana, która boli, a ledwieś ją zasklepił, świerzbi... lepiéj się nie kaleczyć.
— Nie uważasz więc, że idziesz drogą, która ci się samemu fałszywą wydaje?
— Nie mam siły proroka, ani namaszczenia do męczeństwa... protestuję śmiechem... bo nie mogę krwią i życiem...
— Cóż daléj? jak sądzisz? — spytałem po chwili znużony.
— Nie wiem — rzekł — potop... koniec świata, śmierć, pożoga... ruina i na gruzach jéj życie nowe, czy zgrzybiałość powolna, wygaśnienie ducha i sen wiekuisty. To pewna dla mnie, że z tego, co jest, w kierunku, w jakim to sobie idzie, nic być nie może, trzeba nowego jakiegoś żywiołu do téj lampy, któréj knot dymi i kopci, nie świecąc i nie grzejąc; trzeba czegoś ogromnego, nie jak maluczka reforma luterska, obcinająca poły wiary na kusy fraczek niemiecki, ale jak odrodzenie Rzymu cezarów... najścia barbarzyńców... potopu świeżych ludów, trzeba jedném słowem, niepodobieństwa, trzeba człowieka coby wstał i takim głosem ryknął, żeby go świat cały posłyszał, uląkł się... Ale machiny zgrzytają, świszczą lokomotywy, trzeszczą warsztaty, i jęk proroka zagłuszą.
Drwiąco rozśmiał się patrząc na mnie.
— Jutro zapewne, jak was znam — rzekłem do niego — co-