Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/362

Ta strona została uwierzytelniona.


innego myśléć i mówić będziecie, wzięliście mnie na próbę dzisiejszéj dyspozycyi... nieprawdaż?
— Nie! nie! — zawołał... — i jam się odmienił, bo się już nie przerzucam z jednego stanowiska na drugie, by co raz nowego wymyślać na ludzkość, przeszłość i teraźniejszość — stanąłem i stoję na jedném... smutne ono ale trwałe...
— Cóż powiecie o odrodzeniu się wiary? — spytałem — wszak to widoczne i bijące?
— Tak, widoczne, ale nie pocieszające... przychodzimy do wiary nie tą drogą, którąśmy do niéj przyjść byli powinni, nie sercem ale głową, wyrozumowaliśmy sobie jéj potrzebę, jak pożyteczność pewnych pokarmów; doktorowie ludzkości przekonali się, żeśmy nadto już karmili się strawą mięsną, poradzili jarzyny, i żywioł nowy, w czysto higienicznéj myśli. Zaczęła się propaganda na zimno, arystokracya uczuła się powołaną do protegowania wiary, i tak to sobie idzie jak gdzieindziéj handel towarów lub antrepryza komercyjna.
Ja nie wierzę w tę religią waszę, którąście wzięli jak płaszczyk modny skrojony przez najlepszego krawca, bo dla mnie niéma religii, gdzie niéma łez, ofiar i zaparcia się siebie, a tego tu nie dopatrzysz. Pięknie poubierane panie chodzą na strych nawracać i uczyć dzieci katechizmu, ale wieczorem tak samo jadą na teatr, gdy moda zawoła, i mówiąc o braterstwie w Chrystusie, pieczętują się herbami swemi i noszą się ze szlachectwem jak paw z ogonem. Są to usiłowania na zimno, które pewną liczbę ludzi poczciwych poprowadzą na dobrą drogę i skutek dobry miéć muszą, ale to nie owa potężna reforma, jakiéj nam potrzeba. Apostołów zastąpiły kobiety i rodowa arystokracya, która obejrzawszy się, że jéj nic do czynienia nie pozostało, wzięła się do zabawiania wiarą, ale gdzie duch i namaszczenie? To na zimno obrachunek ze strachu proletaryatu, którego się boją, więc mu dają ochładzające lekarstwo, z próżnowania i próżności zajmując się jego dystylowaniem. Kilku ludzi poczciwszych kierują tą fryzowaną apostoleryą, wiedząc, że i tu wióry na coś się przydać mogą — ale to sprawa maluczka. Za czasów XVIII wieku modą było miéć d’Alemberta, Diderota, Helvetiusa w salonie, korespondować z niemi i przetwarzać ludzkość ostrząc nóż na własną szyję; więc się nóż zaostrzało i gilotynę stawiało rękami markizów i baronów, paliło pergaminy i wocyferowało o równości pod prawem natury; — dziś moda wiary, drukują się książeczki dla ludu i hrabiowie piszą nowe ewangielie dla braci w Chrystusie, ale zajrzyj w serca tych panów, poszukaj iskierki w ich piersiach skośniałych!... Są to zimni handlarze, spekulanci, potajemne hulaki, bezmózgie małpeczki, tłuste bydlątka...