Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/367

Ta strona została uwierzytelniona.


po jego powierzchni... dusza zadrżała i ścisnęła się od tego widoku.
I była we mnie chwila tak straszliwéj boleści, takiego zatrucia duszy, tak krwawych łez i wielkiego ucisku, że świat znikł z przed oczów moich, a czarna zasłona pokryła mi wszystko, i obumarłem od cierpienia.
I pytałem się sam siebie, nie mogąc pojąć, skąd tyle było złego na ziemi, skąd tyle smutku? dlaczego wszystko tak czarne i grobowe? a odpowiedzi dać nie umiałem... i tarzałem się w wątpliwościach.
A łzy popłynęły mi z oczów i w ich blasku znowu odkryła mi się ziemia oświecona krwawą łuną zachodu i osłoniona mgłami czarnemi... Widziałem jaśniéj groby i cmentarzyska i wszystko, co w nich spoczywało, alem nie mógł dostrzedz aniołów pociechy, ulatających białemi skrzydły nad padołem.
I mogiły same spowiadały mi się z boleści, które kryły, i widziałem je do dna, a było ich pełno i jedna piętrzyła się na drugiej, dostając do rozpalonych wnętrzności ziemi... i pierwszy człowiek leżał przy ostatnim mastodoncie jednym snem śmierci uśpiony.
Drobinka wesela, która błysnęła temu światu, starła się z jego powierzchni, boleść długa wypiętnowała się wszędzie, panowała sama jedna.
I pojąć nie mogłem ani celu cierpienia, ani jego końca, ani nagrody, a dusza zwątpiwszy, drżała i wstrząsała się uciśniona strapieniem wielkiém, jakby w obliczu śmierci.
Bolałem nad wszystkiém, co znikło i przepadło bez śladu.

∗             ∗

I nie czułem, jak padłem, nie wiem, jak-em tak leżał, nie pomnę, jak powstałem, aż otwierając oczy, ujrzałem istotę w bieli i promieniach, która białém ramieniem objąwszy mnie, tuliła głowę zbolałą, i z cicha szeptała słowa pociechy, pieśnią spokoju płynące mi do duszy.
A gdym się obejrzał, odrywając źrenicę od blasku oczów, które mi świeciły, nie byłem już na ziemi. Widziałem ją jeszcze u stóp moich rozciągnioną szeroko, daleko, owianą mgłami, ale krzyki nie dolatywały uszów moich, i z za chmur świeciło na nią słońce pogodne poranka.
Cisza wielka owiewała nas, a głowie mojéj tak było słodko spoczywać na ramieniu anioła, przytulonéj do czystéj piersi, w któréj nic ziemskiego nie było, żem ust nie śmiał otworzyć, by snu uroczego nie przerwać.