Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/378

Ta strona została uwierzytelniona.


ale wola boża inaczéj mną rozporządziła. Będę ofiarą dla nich — rzekła, wskazując na okno dworu — a kochać cię nie przestanę.
— A! a życie moje! — rzekł rozpaczliwie Adam.
— A mojeż? — uśmiechnęła się boleśnie Leonia — spojrzyj na nie i powiedz mi, czegobyś mi mógł zazdrościć? Tyś wolny i pozostaniesz sobą, ja własnością cudzą, ja niewolnicą człowieka, ja sługą tego, którego nie kocham, a któremu żoną i towarzyszką mi być każą... Nie podzielam myśli jego, uczuć, nic między nami niéma wspólnego... Adamie...
Ten nie słuchał, łzy mu po męskiéj lały się twarzy, choć je chciał stłumić w sobie, i znowu dziewczę rzuciło mu się na ramiona.
— Adamie! męstwa: — rzekła — tyś mi je dać był powinien, a odbierasz, ja cię o nie proszę dla ciebie... wytrwania i męstwa. Stałość nie wybuchu potrzebuje, miłość nasza, związek dwóch serc, to rzecz droga i święta, pracujmy, by go nie zerwać, by być godnemi siebie, by się nie zmienić, nie ochłodniéć, nie zapomniéć.

∗             ∗

Ale czémże są słowa, gdy z dwojga serc jedną nutą brzmi zgodnie uczucie jedno w chwili rozstania? Starcząż one za jedno serc uderzenie? zastąpiąż ten dreszcz, który przebiega po człowieku? złamiąż one choć jednę boleść? zetrąż choć jedno gorzkie wspomnienie? Ona mówiła mężnie, ale drżała, on płakał, i w milczeniu przybliżyli się do siebie, przytulili; radzi tam umrzéć w swoich objęciach lub czyści przejść do niebios na skrzydłach aniołów stróżów, których dwie białe postacie widać było w górze w uścisku zjednoczone z sobą. Chcieli tak umrzéć a żyć musieli rozerwani... Szelest i hałas szukających narzeczonéj dał się słyszéć wkoło; Leonia wyrwała się, wołając:
— Męstwa, Adamie! — i uciekła; on pozostał wkuty do miejsca, pragnąc ciągle śmierci, tak daléj nie pojmował życia.
I nierychło poszedł trawiony gorączką, z miłości poczciwéj i spokojnéj przechodząc w zwątpienie i posądzenie anioła, który płakał nad nim i nad sobą.

∗             ∗

Dwór stary znikł mi z oczów, znowu się zmieniając w ruiny i pustkę, jak przed chwilą; ulica, w któréj się żegnali, zarosła chwastem, i samotne bydlę pasło się na miejscu, gdzie ostatnią łzę Leonii wypił pocałunek Adama. Duch w szacie białéj powoli przesuwał się