Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/387

Ta strona została uwierzytelniona.


∗             ∗

Znowu mgła szara zakryła mi to zjawienie, nie widziałem nic, alem drżał. Czegoż jeszcze w przyszłości spodziewać się dla niéj mogłem? Ziemia nic już dać jéj nie miała, a wstęga życia długą jeszcze była; bo śmierć nie przychodzi rychło tym, co się modlą o nią. Anioł milczał i czując znużenie może, bom się znów do piersi jego przytulił, dał mi spocząć i odetchnąć.
— Koniec to jéj żywota? — zapytałem.
— O! nie! — rzekł — to dopiéro początek; nie wyczerpała jeszcze czary goryczy do dna, a każde cierpienie zbroi ją i zastala na przyszłe. Spójrz — dodał rozpędzając obłoki skinieniem ręki — jak silna i promienista, jak wielka i mocna, choć ją jeszcze większe bóle i straszniejsze czekają ofiary.
Wśród tłumu ludzi, na który padł mój wzrok, jaśniała ona blaskiem nadziemskim; młodość jéj zdawała się wiekuistą, nieprzeżytą... i była piękniejszą jeszcze. Macierzyństwo obwiodło ją wieńcem odwagi, bo o swe dzieci codzień walczyć musiała ciągnąc je ku Bogu, gdy ojciec porywał do świata. I widziałem chwilę téj walki nieustannéj, któréj ogromu domyślałem się tylko, walki skrytéj, by ojca w obliczu dzieci nie upokorzyć i nie ohydzić, a niemowlęta z pod wpływu wyrwać zgubnego, by uleczyć co chorobliwego wlewało w nie życie powszednie, widoki codzienne, przykład, słowo, duch domowy. A było ich dwie w tym domu, męczennica w płaszczu purpury, walcząc za dzieci przyciśnione do łona, i zalotnica kochanka, która do dzieci uśmiechała się zwodliwie macoszynemi pieszczoty, i żonie prawéj kazała kłaniać się przed sobą. Potrzeba było uczynić ją przyjaciółką, by męża oczyścić przed oczyma ludzi, trzeba było dozwolić jéj dzieci, a potém z serca ich wyrywać kąkol, który w nich zdradnie zasiała. Były chwile rozpaczy i znużenia, ale w modlitwie i widoku dzieci czerpała siły Leonia i upadłszy na chwilę, gdy o śmierć błagała, wstawała dla dzieci prosząc o życie. Sieroty z tym ojcem gdzie i jak zajść miały wiedziono ręką zalotnic po drodze różami słanéj? Trzeba było żyć i oddechem świeżym gasić truciznę wyziewu ust nieczystych, a czynić to tak, aby ojca nie oburzyć i przed światem nie potępić. Cudów dokazywało macierzyńskie serce pełne tajemniczéj siły — słowa zwyciężało wejrzeniem, naukę zgubną uściskiem, pokusy dzieciom stawiane modlitwą! I dzieci ciągnione własnemi namiętnościami w jednę, siłą cnoty w drugą stronę, choć uśmiechały się ojcu, sercami szły za surową matką; bo je wiodła nie