Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/388

Ta strona została uwierzytelniona.


moc i potęga ludzka, ale siła łaski zesłanéj w pomoc téj kobiecie.
I widziałem anioły jak zlatywały posłuszne jéj, kierując krokami drobnemi dziatek, osłaniając je skrzydły swémi, odpychając od uszów ich mowy zgubne, od serc namiętności zarody, od piersi niepokój żądzy. Zatulały im oczy, zamykały usta, a przed wzrokiem otwierały niebo, by odwieść od ziemi.
Gdym tak zatopiony w tym widoku cierpiał z nią i modlił się, przeżyłem żywotem jéj lata długie, które w mgnieniu oka przeszły dla mnie widomo w najdrobniejszych szczegółach, policzyłem jéj łzy i chwile zwątpienia, wartość odwagi i wałki, całe to pasmo nici złotych, z których utkana była wstęga jéj życia krwawemi wzory przeszyta. Ile tam było poświęceń, ile upokorzeń, ile ofiar cichych, ile zaparcia! któż policzy? a wkoło wciąż szyderstwo, obojętność tylko i uśmiech litości, jak nad słabością, jak nad omyłką! Omyłki te były bohaterstwy i poświęceniami, były pobożnemi kłamstwy i upodleniami dźwiganemi mężnie na wysilonych barkach.

∗             ∗

Widziałem ją znowu osamotnioną, potém wrzuconą w świat, wśród którego on swobodniéj mógł namiętnościom dogodzić; unikając zarazem téj smutnéj twarzy, któréj wszystko mógł nakazać prócz uśmiechu i wesela. Ta twarz przerażała go wiekuistym milczącym wyrzutem, budziła gniew i złość, które w dziko namiętnych rodzi zawsze surowsze oblicze cnoty.
Potém znowu została sama z dziećmi opuszczona ale swobodna całe dnie, noce całe. On powracał niekiedy oszalony namiętnością, przynosząc z sobą z tego świata, w którym przebywał, woń dziwną, wrażenia i mowę niepojęte, jakąś wesołość niezdrową, graniczącą z wybuchami gniewu, jakiś śmiech szyderski i zimny, jakieś odurzenie zwierzęce, lub osłupienie martwe. Wbiegał do żony i onieśmielony jéj powagą i spokojem, przy których gorączkowy stan jego dziwniéj jeszcze odbijał, wysilał się, aby ją nastroić do siebie, ściągnąć z błękitów ku sobie, gniewając się, że nie chciała, że nie mogła być jak on dzieckiem ziemi. Naówczas wszystko go w niéj gniewało, drażniło, jéj powaga stawała się dlań chłodem, jéj przywiązanie uprzykrzeniem, słowa natręctwem, milczenie obelgą, a im z większą przystępowała pokorą, tém więcéj się rozjadał zowiąc komedyą, co było nieszczęściem i rezygnacyą. Dzieci mu się przykrzyly, dom zdawał nudny, i w téj atmosferze cichéj wytrwać nie mogąc, biegł znowu za