Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/397

Ta strona została uwierzytelniona.


koił, powaśnionych zgodził, a czuwaniem tém wiązał się codzień ściśléj ze swoją gromadką, która go miała za ojca. Jak najdaléj go zobaczywszy biegły do niego dzieci, pewne, że dla nich ma coś w kieszeni, lub przynajmniéj przyjaźnie po twarzy poklepie, i gospodarz zwracał z drogi, gospodynie śpieszyły do drzwi na jego spotkanie.
W tych pielgrzymkach upływał czas do obiadu; a w chacie, którą nawiedziła choroba, smutek, strata, nieszczęście, niezgoda, często po całych dniach przesiadywał. Z ludźmi postępował, jak z bracią — nie karcił, nie fukał, ale nachmurzone brwi jego straszniejsze były, niż innego groźby i łajanie.
Wróciwszy, zasiadał do stołu, a strawa to była niewymyślna, prosta, wieśniacza, przy któréj rzadko się ktoś obcy nie pożywił. Najczęściéj tuż przy progu znalazłeś dziada żebraka z garnuszkiem u pasa, który opowiadaniem jakiém ubawiał gospodarzy.
Potém jeśli nic nie powoływało do drugiéj wioski, do chorego, na pogrzeb, paroch zajmował się Cyrylkiem i spędzał przy nim pozostałe do wieczora godziny. Szedł jeszcze na wieczorną modlitwę do cerkiewki; tam ją klęcząc przed ołtarzem odprawiał i powracał na plebanię ze starostą niosącym klucze, resztę dnia spędzając na rozmowie z żoną, synem i czeladką. Rzadko wszakże dano mu z niemi pozostać sam-na-sam — i takie było nawyknienie udawania się do proboszcza, że mało który wieczór bez gościa się obszedł.
To ktoś ze dworu, to wójt, to stary gospodarz jaki, to szlachcic sąsiad, spędzali z nim pozostałe dnia godziny. Czasem nagła jak piorun porywała go z pod strzechy wiadomość o chorobie lub potrzebie pomocy duchownéj, i nie patrząc pory, pieszo, zakasawszy poły, z kijem w ręku ruszał zaraz, gdzie głos nieszczęścia go wołał.
Poczciwa żona, choć troskliwa o jego zdrowie, nigdy go nie wstrzymywała zbytkiem obawy od spełnienia obowiązku, a gdy cicho szepnęła czasem, żeby się lepiéj odział, odpowiadał:
— Nigdy powinność odbyta nie zaszkodzi, nie poczuję ani chłodu, ani głodu.
Istotnie téż do późnych lat trzymał się starzec cudem prawie rzeźwy, krzepki i wesoły, z uśmiechem dobrodusznym, który zawsze usta jego umilał. Twarz jego bardzo przypominała św. Wincentego a Paulo, ten sam mając wyraz świętości, dobroci i słodyczy.
W takim to domku ewangielicznym, gdzie każdy dzień poczynał się od modlitwy, zajmował pracą cały, a kończył przed obrazem Chrystusowym śpiewaną pieśnią pobożną, — Cyryl urodził się i wychował. Jak go kochali rodzice, potrzebaż opisywać? Może z téj troskliwości o dziecko, widząc w niém charakter i upodobania, z któremiby ciężko mu było sprawić po ojcu obowiązek parocha, staruszek