Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/503

Ta strona została uwierzytelniona.


— Ja-bo nikomu w drogę nie lubię włazić, i nie pozwolę téż, aby mnie kto właził.
Spojrzałem nań.
— Jak to pan rozumie, to „nie pozwolę“? — spytałem.
— Niech pan to sobie tłómaczy, jak chce — rzekł trochę już jąkając się Kuźmiński.
Zmierzyliśmy się oczyma, zatarł czuba i zwolna się po pokoju przechadzać zaczął.
— A gdybym ja to wziął za wyzwanie! — spytałem.
— Ja-m nie od tego! — odparł, coraz mocniéj się jąkając.
— Ja także nigdy nie odmawiam zaprosin tego rodzaju — odezwałem się. — Zważ pan tylko, że oba o pannę nie mamy prawa się bić, bo żaden z nas jeszcze się do niéj ani zbliżył. Uczynię panu tę refleksyę, że do wyrąbania się mamy czas, a gdybyś mnie istotnie wyzwał, to-by mu prędzéj zaszkodziło do panny, niż pomogło.
Kuźmiński się zamyślił.
— Jeżeli pan dobrodziej — dodałem — masz jaki inny słuszny powód zahaczenia się ze mną, naprzykład, jeżeli się mu nos mój nie podobał, albo mina, lub chód, to co innego.
Mówiłem drwiąco, bo mnie zniecierpliwił; — odwrócił się żywo.
— Dosyć tych kilku słów, abym powód miał — rzekł. — Po świętach się skomunikujemy. Tymczasem, spodziewam się, zostanie to między nami.
— Możesz pan być spokojny — odpowiedziałem — uregulujemy to na przewody, czy po przewodach, a tu w domu gościnnym u starostwa dajmy sobie pokój.
Skłonił się, ja jemu, wyszedł. Poznałem z miny pani Baranowiczowéj, gdym się z nią spotkał przy święconém, bo tu ono cały tydzień trwało, że wiedziała już o wszystkiém. Wzrokiem uraźliwym, zwycięskim rzuciła na mnie, podwoiłem wesołość i nadskakiwania około Lorci; Kuźmiński chodził struty.
Nie mam się czém chwalić, bo mnie tak Pan Bóg stworzył i jemu, nie sobie to winienem, ale jest i było zawsze ze mną tak, że na długą metę gniewu nigdy utrzymać nie mogłem. Łatwo mnie było rozsierdzić aż do pasyi, ale żebym się ze złością w sercu całe lata nosił! od tego mnie uchowała łaska boża. Kuźmiński swojém wystąpieniem trochę mnie na siebie obruszył w pierwszéj chwili, ale-m stygł już. Wiedziałem, że sobą nie władał, że go popychano, prawie mi go już żal było. Nie dałem mu w najmniejszéj rzeczy poznać, żem żal jakiś miał do niego. Owszem przy stole, w rozmowie, zamiast się mu przeciwić i szukać zwady, pomagałem. Zająknął się parę razy, podszepnąłem mu słowo po