Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/577

Ta strona została uwierzytelniona.


na dokonane dzieło. Nie wyglądało ono wprawdzie lepiéj nad inne współczesne — ale téż nie gorzéj.
— Ujdzie — rzekł w duchu — pal go tam... z elegancyą...
Wziął pióro w rękę i razem półarkuszek dla odwrócenia go, spostrzegłszy dopiéro, że grubego pióra rysy nie były jeszcze suche.
Tak już się czuł znękanym i był nieprzytomnym, iż jakimś studenckim dawnym zwyczajem bezmyślnym, jakgdyby piaseczniczkę miał przed sobą, z najzimniejszą krwią, atrament wylał na papier. Postrzegł zapóźno swój błąd i krzyknął.
Z kałamarza wytoczyła się rzeczułka czarna — i kreśląc kilka meandrów na papierze, a słuchając prawa ciężkości, z arkusza listowego polała się na czysty, a z niego na kolana podkomorzego...
Wereszczaka dłonie załamał, podniósł oczy, Jakób skrzywiony stał przed nim. Pokazał mu, co się za nieszczęście przytrafiło, lecz niepodobieństwo było temu zaradzić, bo pod ręką miał tylko Jakób serwetę, a wiadomo, jakiéj reputacyi zażywają plamy atramentowe. Ruszył po ścierkę.
Wereszczaka zdrętwiały i zrezygnowany siedział — czekając. Jasiek ze ścierką, i to starą, Jakób dla dozoru, a Dorota przez ciekawość, ze stoczkiem w ręku, zjawili się przy stoliku.
Tymczasem Wereszczaka w stoliku dopytał kawałka bibuły, i list nią uwalniał od resztek powodzi atramentowéj; zdecydowany trzeci półarkuszek obcinać i pisać na nowo.
Nikt nie zaprzeczy, że dawał dowody anielskiéj cierpliwości.
Już miał zabrać się do pisania, gdy Dorota, jak wszystkie niewiasty, przewidująca, wzięła do rąk kałamarz, i naprzeciw świecy patrząc, przekonała się, iż — suchuteńki był, atrament z niego wylał się do kropli...
— A co? — zapytał z obawą podkomorzy.
— Niéma nic...
— Dolać wody... ciepłéj — rzekł Wereszczaka — albo z listem, na folwark do ekonoma posłać po atrament.
— Gdzie u niego atrament! — zamruczała, zostająca w niedobrych z nim stosunkach, panna Dorota, i wyszła.
Podkomorzy miał czas odetchnąć.
Zegar wybijał dziesiątą.
Tymczasem papier został ostrzyżony na nowo — podkomorzy nie tracąc chwili usiadł tak gotów, że mu nic nie pozostawało, tylko pióro umoczyć. Jakoż zanurzył je natychmiast, lecz był to dzień feralny (kalendarz stary stuletni świadczył o tém), panna Dorota przepełniła już poprzednio spłukanego staruszka, i miasto atramentu — stał się barszcz, jak mówił podkomorzy.