Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/578

Ta strona została uwierzytelniona.


Dorota utrzymywała nadąsana, że właśnie taki blady atrament najlepiéj czernieje — zresztą innego nie było. Siadł pisać Wereszczaka, chociaż pismo zaledwie było znaczne.
— Pal go, niech sobie oczy psuje! Co mi tam! — rzekł w duchu podkomorzy — pisać moja rzecz, jego czytać.
Tymrazem szło nierównie lepiéj, ręka nieco nabyła wprawy przez poprzedzające próby — przy odwracaniu stronicy zachował wszelkie należyte ostrożności, dobił się aż do respektu i estymacyi, z którą zostawał, zakreślił zygzak ku dołowi, podpisał się z tytułem i manu propria — położył datę — odetchnął...
Odczytać list nie było sposobu — lecz nie czuł się téż podkomorzy w obowiązku.
Teraz szło już tylko o skrojenie koperty, któréj teorya była znaną podkomorzemu, lecz w praktyce nastręczało się trudności nieprzewidzianych mnóstwo. Stare nożyczki, ktorych bez miłosierdzia wszyscy nadużywali, krajały jeszcze, nie tak jednak gładko i równo, jakby były powinny.
Koperta wyszła fantastycznie i krzywo, lecz tém się już podkomorzy nie frasował. Sygnet herbowny, na krwawniku, ut decet, rznięty miał na palcu. Szło o lak.
Klasnął w ręce na Jakóba.
Stary przywlókł się z posępną twarzą.
— Nie wiesz, gdzie lak!
— Jaki?
— Głupi! a jakiż ma być? Lak do pieczętowania... bałwan!
— Laku u nas dawno niéma — odparł Jakób spokojnie.
— Jakto niéma!
— Bo wyszedł — mówił sługa. — Pani podkomorzyna ostatni raz, gdy chciała pieczętować list do kanonika, to wiem, że odrobinę znalazłszy, na pióro nasadziła, żeby palców nie popiekła, i pióro osmoliła... a na pieczątkę nie starczyło...
Dzień był najdowodniéj feralny.
Podkomorzy zażądał opłatka. Był to jedyny surrogat możliwy — Dorota znalazła szczątki czerwonego na komodzie i Wereszczaka się wziął do zalepiania koperty...
Dzieło to niezupełnie się szczęśliwie powiodło, lecz szło o to, aby się do Terespola trzymały z sobą końce. Drżącą ręką położył adres podkomorzy i głosem grzmiącym zawołał o wieczerzę. List do jutra rana miał pozostać na stoliku, gdyż atrament był tak blady, iż należało po dniu sprawdzić czy zczernieje, wedle zapewnienia Doroty.
Kluseczki na mleku, przydymione, zjadł Wereszczaka z apetytem, po nich nastąpiła wysuszona cyranka, którą na głodny ząb —