Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/588

Ta strona została uwierzytelniona.


Panna słusznego wzrostu, z minką pogardliwą, strojna niesmacznie, kwaśna... znudzona.
Mama, w czépku przedpotopowym, zajęła zaraz jedno z najlepszych miejsc w pierwszym rzędzie.
Tymczasem wirtuozka przysiadała się do fortepianu i kilka razy przebiegłszy po klawiszach, dała nam przedsmak okropności, które uszy czekały.
Waliła w ten nieszczęsny fortepian, jakby rozbić chciała, a że pedał trzymała ciągle, rodziła się z tego przeraźliwa kakofonia.
Dereczko słuchając, drżał i zżymał się.
Deszkiewicz klął dyabłami.
Muzyk stawał się niecierpliwszym coraz. Zmierzchało, świece pozapalano. Gramatyk, któremu o zmniejszenie kosztów chodziło, sprzeczał się, że dużo światła nie było potrzeba.
Dereczko chciał wystąpić świetnie.
Godzina, o któréj miał się odbyć koncert, nadchodziła, nadeszła — w sali oprócz dwu pań, znajdowało się dwie osoby w kącie, z biletami gratisowemi.
Widząc zniecierpliwienie Dereczki i nie chcąc patrzéć na nie, bo mi przykrém było, wysunąłem się do sali.
Widok był przerażająco smutny.
Świece gorzały pogrzebowo. Całe rzędy poustawianych krzeseł czekały. Panna chodziła w coraz gorszym humorze. Mama to wstawała do niéj, to powracała na krzesło mrucząc, z obawy, aby go kto nie zajął.
Zaczynało kapać z dachu złowrogo — nikt nie przybywał. Nastawiałem ucha ku sieni — grobowe milczenie.
Dereczko coraz to wyzierał z pokoiku i drzwi za sobą zamykał.
Nareszcie — słychać ocieranie nóg na progu, drzwi się otwierają — dwóch panów: jeden otyły bardzo w taratatce, o kiju, łysy, drugi w surducie! chudy — wchodzą. Obejrzeli się po sali, zamruczeli coś do siebie.
Widocznie jeden z nich wotuje za wyjściem, drugi za zostaniem. Siedli w kącie.
Po chwili nie młoda kobieta z ogromnym parasolem, z którego ciecze... zjawia się, zajęta bardzo tym zabytkiem starożytnym, którego w sieniach zostawić się obawiała. Szukała dla niego kąta. Mruczy... usiadła w pośrodku.
Znowu milczenie. Wciska się jeden gratisowy słuchać i zamaszysto potrącając krzesła, rozsiada się w rzędach ostatnich.
Niektóre świece zaczynały płynąć, jak gdyby los nieszczęśliwego Dereczki opłakiwały. Nie śmiem zajrzéć do niego. Żal mi serdeczny.