Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/616

Ta strona została uwierzytelniona.


Nigdym go nie widział smutnym, ani kwaśnym; twarz nosił zawsze pogodną, uśmiechniętą i napiętnowaną męstwem takiém, jakby się niczego nie obawiał. Nie znosił szczególniéj młodzieży męskiéj, tchórzliwéj i bez energii.
Do przymiotów tego człowieka, w którym wszystko znamionowało autodydakta (z czém się nie taił), należało to, że go, starego już, wszystko żywo obchodziło... Nowe odkrycie, nowa książka, każda rzecz, w któréj było życie — zajmowała go, pociągała. Nie opuścił żadnego odczytu, nie uspokoił się, aż to, o czém mówiono wiele, bliżéj poznał i zbadał.
Bezdzietny — wdowiec, swobodny, niemajętny, ale téż nie cierpiący niedostatku, służbą swą niewiele zajęty, pan Maciéj wiódł życie, które zdala przynajmniéj musiało się wielu wydawać szczęśliwém.
Nie widziałem go nigdy ani znudzonym, ani nieświadomym, co ma począć z czasem. Śpieszył się, rachował z godzinami — dni miał zapełnione, wyobraźnię zawsze czémś zajętą, w kieszeni jakąś książkę, przed sobą jakieś oczekiwanie.
W rozmowie najczęściéj starał się jéj nadać nastrój żartobliwy, ale złośliwym nie był, owszem, czuł w nim każdy łagodnego i gotowego na usługi człowieka.
Jak-eśmy się poznajomili i zbliżyli, trudno mi dziś to wytłómaczyć; przyszło to samo z siebie, zwolna, gdy każde spotkanie więcéj nas spoufalało.
W końcu staliśmy się przyjaciołmi, wzajemnie sobie zwierzając, widując chętnie, coraz częściéj; stosunek nasz nabrał tego charakteru, jaki częstokroć tylko długie lata nadają.
Pan radca Maciéj mówił dużo i chętnie, ja słuchać lubię; a ze swego życia miał zawsze tyle epizodów do opowiadania, iż nigdy mu na nich nie zbywało. Wspominał chętnie dawniejsze czasy. Z tych jednak urywanych epizodów o jego własnéj przeszłości trudno było powziąć jakieś wyobrażenie. Dowodziły one tylko, iż się ocierał o wielu bardzo ludzi, przebywał w sferach różnych — i wędrował dużo po bożym świecie.
O sobie mówił nawiasowo, nie zwierzając się z tego, co osobiście go dotykało.
Raz jednak wieczorem, u mnie, gdy się mała gromadka gości rozeszła, i pozostaliśmy we trzech tylko — z panem Stanisławem, z którym radca był tak spoufalony jak ze mną — ożywił się więcéj niż zwykle.
Wyszedł był właśnie pewien jegomość, o którym wiedzieliśmy, iż się własną siłą dobił w świecie znakomitego położenia. Ta krescytywa była ze wszech miar zagadkową, gdyż nasz dorobko-