Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/635

Ta strona została uwierzytelniona.


Do nielicznych moich znajomych z uniwersytetu i kolegów prawnego wydziału należał Wrzesiński, syn urzędnika, głowa nieosobliwa, nauki niewiele, ale w salonie uchodzący za pełnego nadziei młodzieńca.
Byliśmy z nim wcale nie źle, bo mu nieraz pomagałem. Spotykam go w ulicy z ogromną pliką papierów pod pachą, śpieszącego do kancelaryi, bo on już posadę uzyskał, mając ojca na urzędzie.
Spostrzegłszy mnie, stanął i przywitał się.
— Prawdziwe to szczęście, że pana Mateusza spotykam — rzekł. — Mam nawał roboty, i nie mogę jéj podołać, a oto właśnie mi dziś narzucono napisanie memoryału... Nie mógłbyś mi dopomódz?
Rzuciłem okiem na zadanie. Zmiarkowałem, dlaczego się z niém zwracał do mnie, było nadzwyczaj zawikłane i trudne, wymagało erudycyi, któréj nie miał.
Uśmiechnąłem się.
— Czasu mam do zbytku — rzekłem — ale, z najżywszą chęcią pomożenia koledze, ja na chleb, którego nie zapewniłem sobie dotąd, pracować muszę.
— Ja najchętniéj będę... bonifikował — zająknął się Wrzesiński.
— Tak — rzekłem — ale nadto jesteś delikatnym, abyś miał sobie cudzą pracę przywłaszczyć.
Zarumienił się mocno kolega. Mnie szło wielce o to, abym, choćby ofiarą pracy, zdobył tymczasem bonifikacyę.
Wziąłem z rąk jego papiery i dodałem:
— Potrzebuję zarobku, dopóki nie pozyskam miejsca, więc zgoda. Wyręczę cię, ale...
— Zapłacę, co postanowisz — żywo wtrącił Wrzesiński. — Kiedy to może być gotowe?
Potrzeba było dobrze fałdów przysiedziéć, aby dać rady zadaniu, ale ja nie miałem nic do czynienia. Obiecałem zrobić prędko, i, jak się spodziewałem, dobrze...
Przedmiot mi nie był obcy. Potrzebowałem do niego świeższego materyału z biblioteki. Notatki moje starczyły do dawniejszych sprawozdań. W dziesięć dni już przepisywałem na czysto ów memoryał. Kolega zapłacił go, jak chciałem, i zabrał... Miałem znowu na kilka tygodni zapewnione liche utrzymanie.
Jak się wówczas żywiło? tak, jak tylko młodość i nadzieja mogą się przeżywiać.
Kawa w rozmaitych porach dnia, lub to, co się w lichych kawiarniach nazywa tém imieniem, była rzeczywistą podstawą. Buł-